Czy SZTUKA ma płeć? (3): Próby zdefiniowania kobiecości

Katarzyna Gębarowska Katarzyna Gębarowska

8 marca to tradycyjnie data, wokół której podejmowane są próby zdefiniowania kobiecości i podmiotu „kobiety“. Oblicze Międzynarodowego Dnia Kobiet zmienia się. Wszechobecne jeszcze kilkanaście lat temu goździki i nylonowe rajstopy zastąpiły „manify” i pytania – jak na nowo zdefiniować kobiecość? Jakim językiem ją opisać? A może przede wszystkim czy możemy dziś jeszcze mówić o czymś takim jak uniwersalny podmiot pt. „kobiety“?

Dekonstrukcja podmiotu feminizmu, który w drugiej fali przyjął uniwersalną postać feministycznej kategorii „my kobiety“, została zainicjowana w dyskursie feministycznym na długo przed tym jak główne dzieła feminizmu zostały przetłumaczone na język polski. Podmiot feminizmu, ze względu na swój esencjalizm i wykluczeniowy charakter, został ostro skrytykowany przez przedstawicielki różnych, wyłączonych dotąd z dyskursu feministycznego grup kobiet np. „nie-białych”, „nie-zachodnich”, „nie-heteroseksualnych” czy „nie-pochodzących-z-klasy-średniej”, jak chociażby Judith Butler, Elizabeth Spelman, Adrienne Rich lub Chandra Talpade Mohanty. Krytyczki te udowadniały, jak feminizm poprzez produkcję homogenicznej kategorii „kobiet w ogóle“, mającą stanowić, wypowiadający się w imieniu „wszystkich kobiet“ podmiot walki feministycznej, wpadł w pułapkę esencjalizmu i uniwersalizmu. Zakładana wewnętrzna spójność podmiotu feminizmu nie uwzględnia bowiem lub świadomie milczy na temat różnorodności kobiecych doświadczeń (jak np. podwójności wykluczenia kobiet czarnych, o czym pisze Bell Hooks). Co więcej, podtrzymując założenie istnienia kategorii „kobiet w ogóle“, reifikuje z kolei biologiczne różnice między kobietami a mężczyznami, co wydaje się być sprzeczne z samymi założeniami feminizmu. W efekcie prowadzi do wewnętrznych sporów i konfliktów, osłabiających sam ruch feministyczny.

W obliczu toczących się na świecie feministyczych debat na temat konieczności reinterpretacji polityki tożsamości ze względu na różnorodność kobiecych doświadczeń i perspektyw uwikłanych w odmienność klasową, rasową, ekonomiczną, czy religijną, intrygujące było na polskiej scenie politycznej powstanie w 2007 roku Partii Kobiet, założonej przez pisarkę Manuelę Gretkowską, bazującą na uniwersalnej kategorii „kobiet polskich“. Przypomnijmy, że kategoria „kobiet polskich“ nie tylko oparta była na sztucznie stworzonej solidarności kobiet i na serii wykluczonych „Innych” (z partii wykluczone są „mocherowe berety”, teolożki, które nie chcą walczyć o prawo do aborcji, lesbijki, których obrona praw nie znalazła się wśród postulatów partii, kobiety które już są w sejmie i chciałyby przystąpić do partii). Gretkowska posunęła się o krok dalej, wymyśliła – dokładnie jak to całe wieki robili mężczyźni – swoisty język opisujący kobiety tj. „prawdziwą kobiecość“. Hasłem przewodnim Partii Kobiet staje się „rozważna i nowoczesna“, a ilustrować to hasło ma plakat partyjny. Założycielka partii stwierdza jednak nagle, że kobiety nie są ofiarami i że plakat nie może kojarzyć się z akcją społeczną, tj. być „biało-czarny, tragiczny w sprawie wymagającej interwencji”. Ma być jak reklama kremów, kolorowy i estetyczny, a na nim „znane twarze kojarzące się z poglądami, z życiem prywatnym. Postaci-znaki łączące intelektualistki i oglądaczki seriali. Yupiskę i dziewczynę ze wsi”.

Tak więc zbiorową tożsamość milionów Polek ma zobrazować kilka piosenkarek, aktorek, dziennikarek i intelektualistek, „sklejonych w postprodukcji w korowód” . Jedna z nich (Magdo-Marcysia ze Złotopolskich) ma zagrać zaradną dziewczynę ze wsi (sic!), bo ktoś napisał, że „Polska to dziewczyna ze wsi – ambitna, pracowita, pragnąca awansu”. Dlaczego Gretkowska nie zaprosiła „prawdziwych” kobiet zamieszkujących Polskę? Odpowiedź jest prosta: musiałaby wówczas poznać ich różnorodność, wysłuchać odmiennych „spojrzeń” na świat, uwzględnić różne formy dyskryminacji, ale i uprzywilejowania. Jednym słowem cały jej projekt by się rozsypał, gdyby w studio fotograficznym stanęły „prawdziwe” kobiety.

Kilka z takich kobiet przedstawia natomiast Maria Sadowska w swoim debiucie reżyserskim Women’s Day (czyli Dzień kobiet). Film wchodzi do kin 8 marca czyli dokładnie w Dniu Kobiet. To historia kobiety, która nie tylko musi walczyć o przetrwanie – każdy kolejny dzień dla siebie i swojej córki, ale też staje w obliczu walki z bezwzględną korporacją. Bohaterka filmu po awansie na kierowniczkę sklepu zmuszana jest do oszustw i wyzysku pracowników. To, co miało być dla niej wybawieniem, staje się kolejnym kamieniem milowym w jej i tak już niełatwym życiu. Halina, podobnie jak wiele kobiet będących w trudnej sytuacji, odnajduje drzemiącą w niej siłę i „podnosi rękawicę”…

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start