Nie ma już miejsca na „czwartą ścianę” w teatrze

Julia Wyszyńska Julia Wyszyńska Fot. Julia Mieczkowska

Z aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy Julią Wyszyńską rozmawia Maciej Federowicz.


Na deskach bydgoskiego teatru zadebiutowałaś stosunkowo niedawno, bo w ubiegłym roku w spektaklu Źle ma się kraj. Jak wspominasz pierwsze spotkanie z zespołem tego teatru?
W Źle ma się kraj występuje tylko piątka aktorów – Małgosia Witkowska, Kuba Ulewicz, Michał Czachor, Mirek Guzowski i ja, więc zaczynając prace nad tym spektaklem nie miałam szansy poznać całego zespołu Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Jednak obsada tej sztuki jest bardzo sympatyczna i zwariowana. Na pierwszej próbie miałam wrażenie, że jestem „starym dziadem” w porównaniu z nimi, bo oni byli bardzo otwarci na różne szalone pomysły scenograficzno-inscenizacyjne, czym byłam mile zaskoczona. Następnie zaczęły się próby do Wiśniowego sadu i przez resztę ekipy zostałam także bardzo ciepło przyjęta. Od samego początku czułam się tutaj komfortowo.

W Wiśniowym sadzie, czyli najnowszej sztuce wystawianej na deskach bydgoskiego teatru grasz Anię. Jakie są twoje pierwsze wrażenia po premierze spektaklu, która odbyła się w lutym?
Bardzo pozytywne. Dzięki tej pracy zakochałam się w Czechowie, bo tak naprawdę to było moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Oczywiście w szkole pracowaliśmy nad różnymi scenami z jego dorobku, ale to było zupełnie coś innego. Otrzymałam w tym spektaklu zadania, które nie zawsze są dla mnie proste. Często muszę zmagać się tam sama ze sobą, ale bardzo to lubię. Mam jednak wrażenie, że ciągle jeszcze musimy pracować nad tą sztuką. Mimo wszystko nie możemy sobie pozwolić na pozostawienie obecnego efektu, bo trzeba cały czas walczyć o to, aby poszukiwać, rozpulchniać role i wzajemne relacje między postaciami. Paweł Łysak skonstruował nam świat, nas w niego włożył, ale teraz naszym zadaniem jest ciągłe poszukiwanie po swojemu.

Recenzje tego spektaklu okazały się jednak bardzo pozytywne, więc jaki jest sens poprawiania czegoś, co już zbiera pozytywne opinie?
Recenzje nie są dla nas, aktorów. Nie czytam recenzji, bo uważam, że ich autorzy mają swój własny świat, swoje zasady, prawa i reguły. Moim zdaniem nie można poddawać się temu, co jest tam napisane.

Nawet jeśli recenzenci wyrazili się bardzo pochlebnie na temat twojej roli?
To jest oczywiście bardzo przyjemne, ale taka recenzja może nam dać tylko zielone światło, że obraliśmy właściwy kierunek. Jednak na pewno nie mówi, że to już wystarczy. Nie wiem, czy można kiedykolwiek powiedzieć, że spektakl jest już skończony, a rola zrobiona. Każdego dnia doświadczamy czegoś innego i za każdym razem słowa, które wypowiadamy są o czymś innym. Grając na przykład scenę, w której mam wywołać w sobie smutek, nie poszukuję tej emocji ciągle z tego samego powodu.

Mówi się, że Wiśniowy sad to najtrudniejsza sztuka Czechowa, ponieważ umierający autor zawarł w niej całe skomplikowane spektrum swojej osobowości i w zasadzie tym dziełem żegnał się z publicznością. Bałaś się pracy nad tym spektaklem?
Absolutnie nie. Czytając za pierwszym razem Wiśniowy sad nudziłam się okropnie. Zastanawiałam się jak można to wystawić? Przecież to jest o sadzie i o drzewach. Kogo to będzie teraz interesowało? W swojej naiwności myślałam, że mam rację. Okazało się jednak, że byłam w ogromnym błędzie. To jest tak skonstruowany dramat, jak perełki nanizane na niteczkę. Żadne słowo nie jest tam bezcelowe. Nic nie jest podane wprost i to jest niesamowite. Mamy rozmowę o herbacie, kawie czy sadzie, a pod spodem odbywają się dwuznaczne dyskusje, które są cały czas aktualne. Jest tam bardzo dużo różnych emocji, np. miłość, namiętność, żal, zdrada czy wykluczenie w rodzinie. Wiśniowy sad to bardzo pojemny dramat, choć na początku tego nie zauważałam.

Wiśniowy sad wystawiany był już wielokrotnie na deskach różnych teatrów na całym świecie. Przygotowując się do roli Ani inspirowałaś się wykonaniami innych aktorek?
Nie robiłam tego, bo tak naprawdę nie widziałam nigdy żadnej inscenizacji Wiśniowego sadu. Wprawdzie oglądałam kiedyś fragment bardzo starego nagrania z Judi Dench w roli Ani, ale była to zupełnie inna bohaterka, niż moja, bo była dobra i ciepła, a w tych czasach relacje matka-córka są dużo bardziej drapieżne. Tego właśnie szukaliśmy z reżyserem w mojej Ani.

Jak układała się twoja współpraca z Pawłem Łysakiem? Mam na myśli jego uwielbienie performatywności spektakli i nawiązywania dialogu z publicznością.
Paweł Łysak jest bardzo mądry i niezwykle wyczulony na to, co się dzieje na scenie. Bałam się bardziej, iż nie będę umiała podążać za jego myślą, potrzebami, a także, że nie będę mogła sprostać jego wizji. Mówiąc o performatywności i nawiązywaniu dialogu z publicznością, to jestem już z pokolenia, w którym nie ma innego teatru. Nie jest to dla mnie żadna nowość czy udziwnienie. Nie ma już miejsca na „czwartą ścianę” w teatrze. W tych czasach telewizja, Internet, kino, filmy czy billboardy dają tyle bodźców, że już nie ma szans, żeby nie popatrzeć widzowi w oczy i nie porozmawiać bezpośrednio z nim. Mogę zatem tylko cieszyć się, że reżyser nie podszedł do Wiśniowego sadu sztampowo.

Paweł Łysak sięgając po Wiśniowy sad zadaje pytanie o modele życia, które dominują we współczesnym świecie. Jaka jest twoja odpowiedź na to pytanie?
Moim zdaniem teraz ludzie chcą, aby było łatwo, szybko, efektownie, ale przede wszystkim wygodnie. Obecnie modne jest osiągnięcie sukcesu, jednak jest to bardzo zdradliwe, gdyż buduje on strach przed utratą wysokiej pozycji. Wywołuje to frustrację i potrzebę osiągnięcia kolejnego sukcesu. Modele życia są różne, ale mam wrażenie, że w Wiśniowym sadzie dominuje potrzeba ucieczki człowieka, która także silnie występuje we współczesnym społeczeństwie. Ciągle wydaje nam się, że jesteśmy w miejscu, w którym nie powinniśmy być. Mamy przekonanie, że gdzie indziej będziemy szczęśliwsi i tam osiągniemy w końcu spokój.

A ty gdzie chciałabyś uciec?
Za każdym razem myślę, że chciałbym być w innym miejscu, kiedy zapominam, że życie jest tu i teraz. W chwili, gdy już zupełnie zagubię się w tej ucieczkowości, to mam poczucie, że jeszcze tyle rzeczy przede mną i tak wiele muszę się w dalszym ciągu nauczyć. Ciągle mam poczucie, że to nie jest jeszcze prawdziwe dorosłe życie. Dorosły człowiek może się utrzymać, zarobić na własne mieszkanie, a mam wrażenie, że to mi się dopiero zacznie.

Skoro ty nie możesz jeszcze zarobić na mieszkanie, to nasuwa się smutny wniosek, że aktorstwo to pewnego rodzaju hobby w tym kraju.
Ciężko wyżyć z zawodu aktora. Pewnie ludzie nawet sobie z tego nie zdają sprawy. Kiedy rozmawiam ze znajomymi i porównujemy gaże, to oni nie chcą uwierzyć, że tylko tyle zarabiam. Taki jest niestety system kultury w Polsce i nie wiem, kiedy to się zmieni. Jestem oczywiście pełna wdzięczności za to, że mogę pracować, bo zdaję sobie sprawę, że to nie jest proste w tych czasach. Wiem, że jest wielu aktorów, którzy nie mają pracy.

Na koniec mam smutną konstatację, że w czasach kryzysu oszczędza się właśnie na kulturze i sztuce. Człowiek musi jednak obcować z kulturą, inaczej przestaje być człowiekiem.
Dyrektor Łysak i tak robi wszystko, co może, żeby mimo tych cięć nie ograniczać zespołu.

Chwała mu za to.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start