I po kongresie…

1. Sukces

Czy Bydgoski Kongres Kultury okazał się sukcesem? To raczej źle postawione pytanie. Właściwe brzmi raczej: czy kongres w ogóle miał szansę się nie udać? Proszę mnie nie podejrzewać o cynizm, ani nawet o ironię. Nie myślę tu wcale o jakimś gwarantowanym propagandowym sukcesie, który – ze względu na taki a nie inny kształt kongresu, zaangażowane w niego osoby itd. – byłby pewnikiem.


Do odpowiedzi na pytanie o sukces kongresowych wydarzeń (od plenarnych obrad, poprzez prezentacje pracy stolików tematycznych, po wydarzenia artystyczne) potrzebna jest przede wszystkim rekonstrukcja ich celów.

Po pierwsze więc, jeżeli celem kongresu było zaprezentowanie potencjału organizacyjnego grupy tworzącej i obsługującej kongresu, okazał się on sukcesem. Trwający trzy dni festiwal obejmował dyskusje panelowe, w których wzięli udział zaproszeni goście w liczbie kilkudziesięciu, obrady stolików tematycznych (których było grubo powyżej dwudziestu), wreszcie – trzy dni (dokładniej: noce) wydarzeń artystycznych. A to wszystko koordynowało ledwie kilka osób, które na dodatek robiły to społecznie.

Po drugie, jeżeli celem było zjednoczenie środowisk artystycznych, animatorów kultury i władz samorządowych wokół idei „miasta kultury” (czyli: miasta rozwijającego swój potencjał ekonomiczny, społeczny, tożsamościowy itd. na bazie rozwoju kulturalnego), to kongres jest sukcesem. To, że wszyscy uczestnicy kongresu podpisali deklarację końcową, to nic wielkiego – szczególnie w porównaniu z faktem, że kongres dał szansę spotkania się ludzi ze sfery sztuki i władzy (spotkania poza urzędem), a także – w konsekwencji tego spotkania – dawał szansę pokazania decydentom potencjału ludzi kultury.

Po trzecie, jeżeli celem kongresu była prezentacja wydarzeń artystycznych w ramach Nocy kultury (jako, powiedzmy, przedsmak tego, co nas może czekać w mieście kultury), to także okazał się sukcesem.
O najważniejszym celu kongresu napiszę na końcu.

2. Frekwencja

Frekwencja na kongresowych wydarzeniach była chyba największą okazją do dezawuowania zarówno sensu kongresu, jak i kompetencji organizatorów. Jarosław Reszka („Express Bydgoski” z dnia 30 września) zarzuca im „brak rozumu praktycznego” – ni to po kantowsku, ni to po grubiańsku po prostu. Za to Krzysztof Derdowski (portal bydgoszcz24.pl, już w dniu rozpoczęcia kongresu, właściwie – już 4 godziny po jego inauguracji) też wini organizatorów, ale nie za ustalenie takiej, a nie innej godziny rozpoczęcia kongresowych obrad plenarnych, ale brak imiennych zaproszeń.
Obie krytyki są zasadne w stopniu bardzo nikłym. To nie brak zmysłu praktycznego kazał organizatorom ustalić taką datę, ale raczej plan działań instytucji kultury, kalendarz polityczny (wybory), pogoda (jak mogliśmy się przekonać, słusznie, bo trzy ostatnie dni września okazały się bardzo ładne, co było o tyle ważne, że wiele wydarzeń artystycznych miało miejsce w przestrzeni miasta). Obrady plenarne musiały odbywać się rano, żeby nie stanowiły konkurencji dla prac stolików tematycznych i wydarzeń artystycznych. Natomiast brak imiennych zaproszeń do wszystkich potencjalnych uczestników wydarzeń kongresu, a zamiast tego – apele i zaproszenie wszystkich zainteresowanych we wszystkich lokalnych mediach i maile rozsyłane według szerokich list mailingowych, było jedynym rozsądnym wyjściem. Nie potrafię sobie wyobrazić klucza, według którego dobierano by te osoby; nie potrafię sobie wyobrazić, kto by decydował o tym, kogo pominąć, kto zgromadziłby adresy tych osób, kto dbałby o ochronę danych osobowych. Nie rozumiem, dlaczego kongres miałby rezygnować ze swojej otwartej i demokratycznej formuły. Nie rozumiem, dlaczego ktoś nie chciałby w nim uczestniczyć mimo tego, że nie dostał zaproszenia.
Poza tym, krytycy kongresowej frekwencji popełniają błąd perspektywy. Otóż opisują tylko pierwszy dzień kongresowych obrad. Nie biorą pod uwagę, że spotkania w teatrze trwały trzy dni, że po tzw. obradach plenarnych odbywały się spotkania stolików tematycznych (skoro było tych stolików co najmniej 25, to licząc, że w każdym brało udział 10 osób, otrzymujemy liczbę 250 osób zaangażowanych w kongres, a w obu stolikowych naradach, w których brałem udział – literatura i edukacja – było tych osób więcej niż 10). Nie biorą też pod uwagę frekwencji na wydarzeniach artystycznych, zapominając, że te miały miejsce ze względu na kongres, z jego powodu, że były jego integralną częścią.

3. Krytyka

Kongres – takie było zamierzenie – miał być rozmową, stąd wszyscy liczyli na to, że krytyka kongresu stanie się istotnym głosem ludzi kongresem rozczarowanych, głosem niezadowolonych, że tym samym włączą się oni do kongresowej dyskusji. Nie było to wcale zamierzenie cwane, nie bya to w żadnym razie pułapka – było to, owszem, zgodne z filozofią organizatorów kongresu: według niej bowiem, nie można być poza kongresem, z rozmowy o kulturze nie sposób być wykluczonym, więc osoby krytyczne wobec kształtu kongresu, które się z niego same wykluczyły i tak zostaną włączone w dyskusję na równych prawach.
Niewielu z tej możliwości skorzystało. Mówię oczywiście o rzeczowej krytyce. Trudno za taką uznać teksty na portalu bydgoszcz24.pl, skoro pierwszy kongresowy materiał (ten sam, który ukazał się przed piętnastą pierwszego dnia kongresu) nosił tytuł Bydgoski Kongres Kultury poniżej oczekiwań. W tekście końcowym tonacja pozostaje bez zmian. Z zarzutów warto zwrócić uwagę na dwa (oba sformułowane przez Krzysztofa Derdowskiego):

pierwszy dotyczy zdominowania kongresu przez środowiska lewicowe, jak pisze Derdowski, „beneficjenci życia kulturalnego III RP”. Nie mam pojęcia, czy tak jest w istocie, ale skoro Derdowski wie, to dobrze, przyjmijmy to do wiadomości. Skąd się ta – nawet jeśli rzekoma tylko – dysproporcja reprezentacji wzięła? Otóż z braku zaangażowania w kongres ludzi, znów Derdowski, „zorientowanych bardziej prawicowo”, którzy mogliby zmienić oblicze Forum Kultury Bydgoskiej (które przed kongresem zorganizowało przynajmniej kilka otwartych debat, podczas których ponawiało prośby o aktywne uczestictwo w podejmowanych przez siebie działaniach).

drugi jest bardziej jeszcze kuriozalny: otóż Krzysztof Derdowski sugeruje chyba fikcyjność podpisanej deklaracji końcowej, skoro podpisywał ją prezydent ze swoimi… urzędnikami. Po pierwsze, nie wiem, kto z urzędników ratusza podpisywał deklarację (moim zdaniem żaden, ale mogę się mylić, bo deklarację podpisało kilkadziesiąt osób). Po drugie, nie rozumiem dlaczego Paweł Łysak czy Marzena Matowska – bo to o nich wspomina w swoim wpisie Derdowski – mieliby tracić swoją myślową suwerenność wraz z przyjęciem propozycji pracy w miejskiej instytucji.
Takie zresztą myślenie jest charakterystyczne dla wiecznych niewydarzonych rewolucjonistów; otóż filozofia kongresu była inna – chodziło o to, by przedstawić władzom miasta potencjał kulturalnej Bydgoszczy i przekonać je, do wspierania i rozwijania bydgoskiej kultury. Nie chodziło o to, żeby robić coś przeciwko rządzącym, ale razem z nimi. A dokładniej, chodziło o to, żebyśmy przestali mówić o nas i o nich, ale uwierzyli we wspólnotę celów. Nie chcę powiedzieć, że to łatwe, ale na pewno sensowne. Każda okazja jest dobra do przełamywania wzajemnej nieufności – z tej, widać, Krzysztof Derdowski nie skorzystał.

Inna jeszcze opinia pojawiła się w „Expressie Bydgoskim” dnia 8 października. To tekst Jak pokroić ten torcik? autorstwa Jarosława Jakubowskiego (z groźnym podtytułem: „Miasto będzie miało wielki ból głowy z realizacją oczekiwań artystów”). Tytuł, a już szczególnie podtytuł, są groźniejsze niż sam artykuł. Opiera się on jednak na błędnej przesłance: że oto wszystkie postulaty, czy choćby większość z nich, wymagały dodatkowych pieniędzy – na dodatek takich, które miejskich urzędników przyprawiałyby o ból głowy. Owszem, były i takie postulaty – nie są one tak kosztowne, jak mogłoby się to wydawać (trzeba zauważyć, że postulaty finansowe wysuwały zazwyczaj środowiska bardzo niedoinwestowane, stąd też i pomoc im w porównaniu z dużymi wydarzeniami, jakie dotuje miasto, to kwota niewielka). Jednak wiele postulatów dotyczyło raczej zmiany trybu współpracy pomiędzy samorządem a animatorami kultury i organizatorami życia kulturalnego (mówiąc w skrócie: bardziej niż na dodatkowych pieniądzach zależy im na usprawnieniu komunikacji, konsultacjach w podejmowaniu decyzji, pomocy we współpracy pomiędzy różnymi podmiotami, w których to kontaktach ratusz uczestniczyłby raczej jako gwarant realizacji ustaleń). Wiele postulatów, choćby dlatego warto było zorganizować pracę w stolikach tematycznych, uświadomiło ich uczestnikom, że sporo zależy od nich samych – wiele bowiem z tych postulatów nie było kierowanych do władz miasta, ale raczej pod własnym adresem.

4. Eksperyment

Czas na wyjaśnienie do końca, dlaczego kongres nie mógł okazać się porażką, nawet gdyby istotnie nią był. Otóż nadrzędnym celem kongresu było przeprowadzenie diagnozy bydgoskiego środowiska kultury. Moim zdaniem kongres był integralną częścią prowadzonych badań kultury Bydgoszczy, a także trwającego od roku cyklu debat. W takiej perspektywie nawet fiasko kongresu mówiłoby wiele o stanie bydgoskiej kultury; tym bardziej że był on przygotowany na tyle starannie, że – przez sam fakt takiej organizacji (badania socjologiczne, debaty, dyskusje) – posiadał narzędzia do diagnozy własnej porażki. Na szczęście tak się nie stało. Na szczęście kongres dostarczył pozytywnego materiału do przygotowywanej diagnozy.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że Bydgoszcz jest miastem, w którym trwa – chwilowo na niewielką skalę – eksperyment społeczny w dziedzinie kultury. Kongres nie był ani jego zamknięciem, ani jego punktem kulminacyjnym. Na dobrą sprawę był właściwym jego otwarciem. Jego powodzenie nie jest wcale pewne, jego skutki nie są w tej chwili rozstrzygnięte – nikt nie może ich zresztą przewidzieć. Dlatego tak ważne jest, aby o tę rozpoczętą pracę dbać. Kolejnym etapem jest stworzenie i przyjęcie Paktu dla Kultury, następnym – budowanie tzw. master planu.
Jarosław Reszka w przywoływanym felietonie drwił sobie, że skoro ten plan w założeniu jest już „master”, to nie może się okazać zły. Rozumiem żart, ale mnie on nie bardzo śmieszy. Tak jak nie bardzo mnie śmieszy stan bydgoskiej kultury. Na taki żart odpowiadam z kamienną miną naiwniaka: master plan nie ma nic wspólnego z pobrzmiewającym w jego nazwie mistrzostwem, chociaż dobrze by było, gdyby był mistrzowsko dopracowany. Master plan to inaczej plan całościowy, generalny, a więc taki, który obejmuje całe pole kultury. Taki, który przynosi, choćby częściowe, rozwiązanie problemów Bydgoszczy w oparciu albo chociaż ze szczególnym uwzględnieniem jej kulturowych potrzeb. Diagnozę, która posłuży do jego sporządzenia przyniósł kongres kultury i szczere zaangażowanie wielu osób. Praca dopiero się zaczyna.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2011 I po kongresie…