Przez Rude Okulary (4): Ornitologia stosowana

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Słowo „paw” ma w naszym języku co najmniej dwa znaczenia i polska rzeczywistość już dawno odsunęła to ornitologiczne na drugi plan. Kolorowe zestawienie powierzchniowo podgrzanego amalgamatu przyjętych wcześniej posiłków wydostających się na światło dzienne pod zdumiewająco wysokim czasami ciśnieniem już dawno temu wysforowało się, nomen omen, do przodu w tym leksykalnym wyścigu i prymatu swego szybko nie odda. Taki klimat i pić trzeba. Jednak picie to czasami faktycznie pomaga w radzeniu sobie z tym co spotykać musimy na naszych ulicach jeśli chodzi o kreatywność twórców reklam, szyldów, haseł, obwieszczeń i innego tego typu badziewia namawiającego nas do wejścia i wydania zadrukowanych kawałków celulozy. Chciałbym się skupić, w miesiącu co wymusza na nas ubieranie się na warzywo łzy wyciskające, na rozmyślaniach nad kilkoma z nich, bo wszystkich przemyśleć się nie da na jednej stronie gościnnego BIKu. A po co mi był na początku paw? Dowiecie się Państwo pod koniec.

Kiedyś mieliśmy sklepy i w nich dokonywaliśmy wymiany kolorowych papierków na dobra wszelakie. Teraz, gdy rzeczywistość nie może być prosta, bo w większości kreowana jest przez specjalistów od, tfu!, marketingu, sklep to przeżytek. Sklep to potwarz wręcz i policzek dla klienta, który wie, że w sklepie kupuje tylko plebs i nie chce mieć z tak prostackim miejscem do czynienia. My teraz mamy „CENTRA”. Wszystkiego zresztą mamy te centra, ale najdziwniejszym dla mnie jest znajdujące się w naszym mieście „centrum podłóg”. Wszystkich?! – pytam. Poważnie?! Ktoś autentycznie pomierzył wszystkie podłogi na Ziemi i wyszło mu, że tu właśnie jest ich środek? Genialnie! Jak to cudownie wpłynie na rozwój miasta, jak to ruchu turystycznego przysporzy, jak dumą wypełni nadwątlone nijakością płuca mieszkańców Bydgoszczy. Chwalmy Pa… przpraszam euforia już chyba trochę na wyrost, ale i powód jej przecież niesłychanie doniosły. Mieszkamy wszak w centrum wszystkich podłóg. Wszystkich parkietów, płytek i paneli. Ech, żyć nie umierać…

Sklepy odeszły więc w mrok zapomnienia, ale nie tylko one przecież. Któż z nas pamięta jeszcze poczciwe zakłady fryzjerskie zwane potocznie i dla dzisiejszego konsumenta najwidoczniej absolutnie niezrozumiale „fryzjerami”? Na stos z nimi! Jest przecież w naszym grodzie nad Brdą i Wisłą „Galeria Fryzur”! Po co komu podcinanie, cieniowanie, nakładanie kolorów jesiennych na bujne fale i loki? Po co zajmować się własną koafiurą, gdy można po prostu wejść i popodziwiać fryzury już gotowe? Nie zmieni to faktu, że od samego takiego podziwiania nasze włosy formy swej zarośniętej niczym starodrzew nie zmienią i przeistoczymy się w krótkim czasie w samobieżny kołtun (znaczy ja już nie, oczywiście), ale co tam. Patrzmy! Czujmy się jak prawdziwi koneserzy w tej galerii włosiech wszelakich…

Ukrywać nie będę, iż posiadałem kiedyś pomalowane paznokcie. Jak pisałem wcześniej taki klimat i pić trzeba. Wykonawstwo rzeczonego dzieła było autorstwa koleżanki ze studiów i mogą się Państwo domyślić, że z rozchwianą i niepewną tożsamością płciową nie miało to nic wspólnego. Choć z rozchwianiem motorycznym już całkiem sporo. Jednak pozbawiony byłem wtedy wiedzy, że zamiast koleżanki w pokoju w akademiku mogłem wykorzystać w farbiarskich czynnościach zespół profesjonalistów składających się na osobowe wyposażenia „Atelier Paznokcia”! „Atelier Paznokcia”?! Naprawdę?! Brzmi to jakby stary, zmęczony już wyrobami sadowniczymi, których nie trzeba gryźć, a wlewa się je jeno w siebie metodycznie, punkowiec stwierdził, iż ma gdzieś całą tę rewolucję, założył beret, został malarzem i przeszedł na tęczową stronę mocy. A ksywy się tak łatwo przecież nie zmienia. Bo i po co? Jeszcze by się koledzy z murku pod sklepem przestali z człowiekiem witać. Zgroza…

Nazewnicze i marketingowe bezmyślności i śmiesznostki można by omawiać długo. I namiętnie. I ja naprawdę rozumiem, skąd się tego typu kurioza biorą i wydaje mi się, że większości z Państwa mechanizmy ich powstania również są obce. Jednak bezruch tych, co dbają w tv i na łamach o czystość kultury i języka naszego pięknego jest dla mnie zastanawiająca. Kiedy potańcówki na Wyspie Młyńskiej w letnie wieczory nabierały rozpędu, wpadliśmy na pomysł sprzedawania tam ponczu. Napój to prosty acz szlachetny i w sierpniowe noce orzeźwia i schładza, nie poniewierając przy tym za bardzo. Plastyk miejski na wieść o tym nakazał nam dostarczyć zdjęcie… miski, w której plebejska ta ambrozja będzie się znajdować… Bo miska konweniować musi. Dotarło już czy potrzebujesz, drogi Czytelniku, jeszcze chwili?

Idąc Dworcową od Gdańskiej w stronę dworca i dochodząc (w miarę) do skrzyżowania z Marcinkowskiego, mija się po prawej lekką wnękę naznaczoną nieprzebraną ilością sklepów oraz ich, niestety, szyldów i reklam. Zatrzymaj się tam kiedyś, drogi Czytelniku, wypłać celulozę z bankomatu i pokontempluj przez moment. Tylko nie jedz przedtem niczego. Od pawia zacząłem i na pawiu skończę.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2013 Przez Rude Okulary (4): Ornitologia stosowana