„…znów będę drzeć mordę…”

Przed laty dał się poznać jako wokalista hard core’owej grupy Sora. Później był głosem bydgosko-toruńskiego zespołu Tin Pan Alley, garściami czerpiącego inspiracje z amerykańskiej alternatywy lat dziewięćdziesiątych. Ostatnio wziął udział w sesji nagraniowej grupy George Dorn Screams, a owoce tej współpracy można usłyszeć na nowym wydawnictwie bydgoszczan.

O swojej muzycznej inicjacji, lokalnej scenie oraz planach na przyszłość opowiedział nam Łukasz „Twix” Jędrzejczak.

Powiedz kiedy i od jakich wykonawców zaczęło sie Twoje świadome słuchanie muzyki oraz o tym momencie, gdy chwyciłeś za mikrofon, instrument i uznałeś, że to jest coś dla Ciebie.

Zaczęło się, gdy miałem osiem, może dziesięć lat i to była muzyka z płyt mojego ojca. Kilka z nich mnie zainteresowało: Queen, Black Sabbath, pierwsza ep-ka Slayera. Nieco później, w szkole, jak każdy przechodziłem przez różne etapy: techno, hip hop. Takie kolektywne słuchanie z rówieśnikami. Przełom nastąpił w okresie licealnym, gdy trafiłem na punk i hard core. Również wtedy pojawiła się myśl, żeby coś z tym zrobić i samemu próbować tworzyć taką muzykę. Przemawiały do mnie zaangażowane teksty, etos „zrób to sam”. Chciałem być częścią tego środowiska i robić coś swojego w tej dziedzinie sztuki.

Jaki był pierwszy zespół w którym występowałeś?

Zupełnie pierwszy zespół nazywał się Ania. Graliśmy szorstki, prosty punk rock. Nie potrafiliśmy grać na instrumentach, ale chcieliśmy coś wykrzyczeć i pohałasować. To wszystko opierało sie na takich kumplowskich, licealnych relacjach. Jeden kolega kupił gitarę, drugi w zasadzie nie miał nic. Znalazł się jakiś plastikowy mikrofon, poźniej doszedł perkusista i tak powstała ta grupa. Skład szybko się rozwiązał, jak wiele innych efemerycznych projektów powstających w okresie licealnym.
Później była Sora. Trzech chłopaków z Fordonu i ja w charakterze wokalisty.

Sora różniła się od Tin Pan Alley, z którym kojarzy cię większosć słuchaczy, zarówno pod względem materii muzycznej, jak i rodzaju wokalenej ekspresji. Czy jest szansa, że usłyszymy jeszcze twój krzyk?

To nawet więcej niż szansa. Można powiedzieć, że to właśnie się dzieje, bowiem powstał projekt w którym grają Marek „Krzyżak” Hegenbarth, Schizmaciek, Laczo i Pirania. Właśnie zaczynamy próby w tym składzie, który ja zasilam wokalnie. Nie ma jeszcze nazwy, ale już wiadomo, że całość będzie oscylowała wokół grania hardcore’owego, czerpiąc z różnych nurtów gatunku. Tym samym, choć myślałem, że już nie wrócę do takiego grania, wygląda na to, iż znów będę drzeć mordę.

W marcu tego roku ukazała się druga płyta Tin Pan Alley. Wydawnictwo zebrało entuzjastyczne recenzje, a w sieci pojawiła się informacja na temat zakończenia działalności pod tą nazwą i w dotychczasowym składzie. Później zagraliście jeszcze kilka koncertów z Tomkiem Popowskim. Co w tej chwili dzieje się z tym projektem?

W tej chwili jest zawieszony i nic na razie nie robimy w tym składzie. Rzeczywiście zagraliśmy kilka koncertów we trójkę, ale póki co na tym stanęło. Istnieje pomysł, by w przyszłości wrócic do tematu i nagrać te utwory, które wspólnie skomponowaliśmy, ale dalsze losy tego przedsięwzięcia są niesprecyzowane.

Kilka miesięcy temu zagraliście z Kubą Ziołkiem i Tomkiem Popowskim koncert przed grupą Nomeansno. Czy granie przed Kanadyjczykami było dla Ciebie czymś szczególnie znaczącym?

To było duże przeżycie. Nie dość, że grupa Nomeansno to prawdziwa legenda sceny niezależnej, to stres wynikał również z faktu grania w tej nowej wówczas, trzyosobowej konfiguracji. Okazało się przy okazji, że kanadyjczycy to mili, wyluzowani goście, którzy nie tworzą wokół siebie aury niedostępności. Zdarzyła się nawet taka sytuacja, że gitarzysta Nomeansno podarował Kubie efekt gitarowy i bardzo przychylnie wypowiadał się na temat naszego grania.

Wiem, że masz bardzo szerokie spektrum muzycznych zainteresowań. Co w ostatnim czasie zrobiło na Tobie największe wrażenie i czy jest jakiś zespół lub wykonawca, którego muzyka nigdy Ci się nie nudzi?

Bardzo podoba mi sie nowy singiel George Dorn Screams, co cieszy tym bardziej, że to zespół z Bydgoszczy. Poza tym Emeralds, amerykańska grupa grająca psychodeliczną muzykę, opartą na współbrzmieniu gitar i syntezatorów. Daje to bardzo interesujące efekty i ciekawe, syntetyczne brzmienie.
Jeśli chodzi o żelazny repertuar to na pewno muzyka z lat dziewięćdziesiątych. Kapele takie jak Fugazi, Jawbox. Ostatnio siegnąłem po Red Hot Chilli Peppers. Byłem ciekaw, jak po wielu latach od pierwszego przesłuchania spodoba mi sie Blood Sugar Sex Magik. Poza tym muzyka z lat siedemdziesiątych. Takie psychodeliczne brzmienia jak Amon Düül czy ostatnio Ash Ra Tempel.

Skoro już wspomniałeś o George Dorn Screams, to powiedz które z bydgoskich zespołów lub jakich wykonawców darzysz szczególnym szacunkiem i jaka jest według Ciebie kondycja lokalnej sceny muzycznej?

Strasznie się cieszę, że w Bydgoszczy jest tak wielu muzyków i wszystkich, bez wyjątków, darzę szacunkiem. Również tych tworzących gatunki, którymi się jakoś szczególnie nie interesuje. Szanuję ich za to, że tworzą jakąś scenę i są zdeterminowani by to robić mimo przeciwności. Przykładem jest kapela Unborn Suffer. Nie jestem fanem takiego grania, ale imponujące jest to, że zespół niedługo obchodzi dziesięciolecie i konsekwentnie robi swoje.
Z kolei jeśli chodzi o to co mi sie podoba i czego z przyjemnością słucham w domu, to bez wątpienia bliski mojemu sercu i poczuciu estetyki jest zespół Ed Wood. Jest to granie, które nawiązuje do zainteresowań muzycznych, wspólnych dla mnie i chłopaków z Ed Wooda.
Oczywiście George Dorn Screams. Gdyby mi się nie podobało to co grają, to pewnie byśmy nie współpracowali. Cenię również projekty tworzące się wokół Mózgu. Rafał Gorzycki, Sławek i Kuba Janiccy. Poza tym jest świetna scena hardcore’owa ze Schizmą na czele. Upside Down. Dzieje się naprawdę sporo i na wysokim poziomie.

Oprócz grania pracujesz również  jako dziennikarz i tym samym nieźle orientujesz się w ofercie kulturalnej Bydgoszczy. Co wydaje Ci się szczególnie interesujące, a czego w Twojej ocenie brakuje w naszym mieście?

Z tym dziennikarstwem to się nie zapędzajmy. Zajmuję się tym dopiero do niedawna i w tej dziedzinie nadal jestem strasznym leszczem. Dotychczas udało mi się pracować przy Kongresie Kultury, a teraz relacjonuję, wciąż trwający, festiwal Camera Obscura. Na pewno te wydarzenia zasługują na szczególną uwagę.
Bydgoski Kongres Kultury był dla mnie dużym przeżyciem. Czułem, że uczestniczę w wydarzeniu naprawdę ważnym dla naszego miasta. Camera Obscura to również bardzo ciekawe przedsięwzięcie i cieszy mnie możliwość obserwowania tego z bliska.
Za niezwykle wartościowe uważam inicjatywy klubu Mózg, oraz to co robi Artur Maćkowiak, czyli działalność Fundacji Nowa Sztuka Wet Music. Oczywiście to, co się dzieje wokół klubów Estrada czy Yakiza. Taka oddolna działalność, która napędza to miasto. Cieszy również coraz większa otwartość instytucji miejskich, choćby MOK-u, który współorganizuje Muszla Fest.
Wkurza mnie to, że cały czas jest za mało tego co dobre i pewne tematy są realizowane po omacku. Często brakuje pomysłu na to, by dotrzeć z interesującymi i cennymi inicjatywami do szerokiego grona odbiorców.

Działy:
Marcin Szymczak

Marcin Szymczak

Polonista, dziennikarz radiowy (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2011 „…znów będę drzeć mordę…”