Spoza układu (2): Biszok

Bisz Bisz

Z trudem przypominam sobie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Biszu. Wiem, dzięki czemu, jednak który to był rok? 2007? 2008? Jakoś tak. A w jaki sposób usłyszałem? To był numer Żyję w tym mieście. Później był Deszcz, wreszcie dotarłem do współpracy Bisza i Kosy – epki Zimy. Ten krążek jest z 2007 roku, zatem to musiał być właśnie ten rok.

Gdy prowadzi się audycję muzyczną, w której nie skupiam się raczej na muzyce rockowej rozumianej popularnie, sporo ludzi podsyła swoje brzmienia. Są też prośby o opinię, emisję, wsparcie, promocję. Wiadomo, jak to bywa. Zdarzają się rzeczy, które są naprawdę wielkimi pomyłkami, a wykonawcy nie wiedzą, że nie wiedzą czyli błądzą nieświadomie. Jest szansa, że to z powodu młodego wieku, małego bagażu życiowych doświadczeń, braku osłuchania. Jednak są przypadki, które nie dają nadziei. Są też, na szczęście, propozycje w miarę interesujące, porządnie osadzone w gatunku, wykonywane na niezłym poziomie. Są też, wreszcie, rzeczy oryginalne, w których dostrzec można indywidualny styl, rozpoznawalny jest „charakter pisma”, wtedy czuje się radość, zapał i sens. Był to zatem rok 2007. Ktoś, po uprzednim mailowym uzgodnieniu, podrzucił cd-ra do rozgłośni. Zgarnąłem to do redakcji. Zająłem się czymś innym, ale w końcu wrzuciłem do odtwarzacza. Po grafice widzę, że to klimaty okołohip-hopowe, zatem, jak wychowały mnie poprzednie sytuacje, po najgorszym hip-hopie mogę spodziewać się: w warstwie muzycznej – kiepskich jednowymiarowych bitów, w warstwie wykonawczej – problemów z dykcją, w warstwie tekstowej – jarania, nadmiaru wulgaryzmów, przypominania słuchaczom i upewniania ich, kto jest wykonawcą oraz że jest świetny, a kobieta to biżuteria mężczyzny. Już prawie odpalam płytę. Moment zawahania. Czy dziś dam radę się z tym zmierzyć? Może jednak Madlib? Płyta leży obok. Albo Emade z OSTR? Trudno, jedziemy. Play. I zdziwienie. I to jakie. I jest dobrze. I jest bardzo dobrze. To tutaj? U nas? Gdzie? Skąd oni? Coś można poprawić w brzmieniu, ale generalnie rewelacja. Wrzucam Żyję w tym mieście na playlistę Muzyki Spoza Układu. Ludzie się odzywają, pytają, reagują podobnie do mnie. Słuchacze z zupełnie innej bajki muzycznej są zszokowani. „Tak można grać hip-hop?” Można! Kawałek trafia na Listę Przebojów Polskiego Radia PiK i nieźle sobie radzi. Docieram do związanego z grupą Poxa: dawaj więcej! Kolejny numer: Deszcz. W podkładzie wypuszczona długa solówka gitarowa: co za odwaga! I znowu dobrze. Docieram do Bisza, umawiam się na wywiad, wtedy jeszcze do programu telewizyjnego Moc muzyczna. Nagranie. Bisz. Miły, skromny gość. Nagrywamy przed Yakizą, wokół dużo pomalowanych ścian. Dowiaduję się, że Bisz pisze nie tylko do muzyki. Jest w uczelnianej grupie poetyckiej. Po kilku słowach zaczynam rozumieć, skąd w tekstach tyle wrażliwości, przyznawania się do zwątpień, bystrej obserwacji, wręcz hip-hopowej odwrotności. Bum. Mam epkę Zimy. Szczęka opada. Gość rymuje o porze roku w taki sposób, że słyszę gorzką refleksję o przemijaniu. Podkłady niezłe, mogłyby być lepsze, ale jakoś tam nawiązują do lubianej przeze mnie wtedy wytwórni Ninja Tune, a zwłaszcza do twórczości Blockheada. Gram zatem często Bisz Oer i Kay. Kolejne spotkania, wywiady. Poznaję Oera. Kilka słów o muzyce i znów wiem, skąd te sample ułożone w taki, a nie inny sposób. „Strzelamy” do siebie wykonawcami, płytami: jesteśmy w domu. Jest z nimi już dj Paulo, lubi funk – wyśmienicie. Od Poxa dowiaduję się, że wreszcie chcą coś wydać „na legalu”, szukają, piszą. 

Wytwórnie albo nie odpisują, albo odmawiają. Po pewnym czasie odzywa się oficyna z dziwnych rejonów muzycznych, choć hip-hop był już tam wcześniej. Firma zbyt się nie popisuje, jeśli chodzi o sprawy promocyjne, ale w końcu jest płyta. Premiera w Muzyce Spoza Układu. Klipy robią już karierę w internecie. Organizujemy w Empiku małe spotkanie z okazji wydania albumu. Kolejne numery szaleją w internecie. Załapało. BOK okupuje listę OLIS czyli zestawienie najlepiej sprzedających się w Polsce albumów na normalnych nośnikach. Bum. BOK na Itunes. Jest bardzo dobrze, rozkręca się karuzela koncertowa. Widzę po chłopakach, że nawet nie są zdziwieni tym sukcesem, gdzieś tam w środku wiedzieli, że nastąpi, nie wiedzieli tylko kiedy. Jak długo będziemy jeszcze czekać? To było najważniejsze pytanie. BOK, jeszcze w Węgliszku, gra w ramach Instytutu Muzyki Miejskiej. Później sporo koncertów w kraju. Grają także w Radiu PiK, nagrywamy to, by uniknąć wpadek z „brzydkimi wyrazkami”. Na debiutanckiej, legalnej płycie znajdujemy muzyczne impresje delikatne w warstwie muzycznej i tekstowej (Nie trać mnie), obok pełnokrwistych, potężnych kawałków z gitarą (Daj to głośniej). Ale płyta W stronę zmiany była tylko przygrywką do szału, jaki powstał przy Wilku chodnikowym Bisza. Przedpole oczyszczono, odpowiedni wydawca i album wszedł w swój czas. Wszyscy pewnie już wiedzą, co się dzieje. Chłopaki mają terminy zajęte na wiele tygodni. Syn mnie pyta, czy załatwię mu autograf Bisza. Sypią się propozycje występów gościnnych tzw. featuringów. Bisz zaczyna odmawiać z troski o jakość. Znów OLIS, ale jeszcze dłużej, jeszcze wyżej. Bisz na Wilku jest trochę ostrzejszy, wolę go lirycznego, ale trzyma wysoki poziom. BOK podczas koncertów wypełnia publicznością nawet duże kluby w kraju. Teraz ich priorytetem koncertowym powinno być staranie się o jak największą liczbę muzyków, którzy grają na żywo. Dziś już nie można tylko z dj-em. Pamiętamy, co się działo w Estradzie pod koniec grudnia: zorganizowano jeszcze jeden koncert, gdyż zabrakło miejsca dla chętnych. Czy to pierwszy taki przypadek w Bydgoszczy? Nie wiem, ale rzadki. Bisz w Aktiviście. Bisz u Wujka Samo Zło. Bisz na tym i tamtym portalu. Bisz tu i tam. I bardzo dobrze. Zaraz zdobędę Wilka na winylu! Utwór Pollock miażdży. Mamy w mieście mocną ekipę i powinniśmy się z tego cieszyć. Jestem o nich spokojny, znają cenę swojego sukcesu, trochę przeżyli, zatem palma nie powinna odbić. Kończę humorystycznie. Koledzy z BOK na pewne rzeczy związane z, nie bójmy się tego słowa, popularnością nie mają wpływu; oto dialog zasłyszany w galerii handlowej, koło Empiku. Nastolatek, chyba gimnazjalista do mamy:
– Mamo, to kupisz mi tę płytę?
– Znowu? Którą?
– No Bisza?
– Co?
– No Wilka Bisza z Be O Ka
– Aaaaa, coś mówiłeś, tego Biszoka?
– Jezu mamo jakiego Biszoka? - cedzi szeptem przez zęby młodzieniec rozglądając się czy czasem nikt w jego wieku tego nie słyszy (ja na szczęście słyszę).
– A myślisz, że ja tam pamiętam te wszystkie Twoje dziwaczne nazwy? Biszok, Fiszok co to za różnica?


Bisz. Dopisek

Już dawno zdałem sobie sprawę z dziwnego przypadku – dziwny ten przypadek dotyczył historii literatury, dokładniej powiedziałbym: historii form literackich. Otóż faktem powszechnie znanym jest, że poezja współczesna (nie tylko polska, chociaż istotnie – ta tendencja ma wiele wspólnego z tradycją i specyfiką poszczególnych języków) pozbywa się systematycznie rymów od czasów modernizmu. Niespodziewany ratunek dla rymów przyszedł ze strony hip-hopu. Rym, zdewaluowany jako środek w poezji (i używany najczęściej w celach parodystycznych, chociaż pamiętam, rzecz jasna, o mistrzostwie Barańczaka, pamiętam o formalnym konserwatyzmie Rymkiewicza), stary dobry rym nagle odnalazł się w rapie. Nagle samo słowo „rymować” zaczęło się wyzbywać swoich staroświeckich konotacji. Rzecz dziwna, zaskakująca, radosna (przynajmniej dla mnie, który rymowaną poezję ceniłem i lubiłem, cenię i lubię).

Bisz, o którego poetyckiej twórczości wspomina się czasem mimochodem (jakby usprawiedliwiając oryginalność jego tekstów na tle innych raperów), jest bardzo dobrym poetą. Niech to, co tu piszę, będzie swoistym aneksem do wspomnienia Tomka Kaźmierskiego. Ja – inaczej niż on – poznałem najpierw nie Bisza, ale Jarka Jaruszewskiego-poetę (który – podobno, tak wtedy coś słyszałem – też rapuje jako Bisz). Co zabawne, także i w moim przypadku radio było pretekstemspotkania. Robiłem audycję o literaturze i ten jej odcinek miał być poświęcony prezentacji grupy poetyckiej Et Cetera.

Jaruszewski jest z tej gromadki twórcą najoryginalniejszym. Mogę powtórzyć to, co pisałem w recenzji z pierwszej antologii grupy, The Best Off: „Jaruszewski ma wszystko, żeby pisać dobre wiersze i pewnie będzie to robił”. To, że jego pierwotnym doświadczeniem literackim (zgaduję) jest rap, ma swoje dobre i złe strony. Dobre, bo gwarantuje mu oryginalność. Jego poezja ma jakiś rapowy charakter – trudno mi zdiagnozować, na czym to polega. Inaczej niż młodzi poeci korzysta z rytmu, inaczej pewnie słyszy słowa, całe wersy, całe teksty. Ale ma to też złą stronę. Może nawet kilka. Choćby taką, że jego rapowanie zaburzy i ustawi jednoznacznie recepcję tych wierszy. Albo taką, że nie bardzo jest się w polskim hip-hopie od kogo uczyć pisania poezji (sam od siebie nie będzie się przecież uczył).
Grupa Et Cetera zdążyła już wydać swoją drugą antologię (Wykop z miasta). Jaruszewski znów jest tam najlepszy, nie ma kompleksów, ma za to szeroki rejestr poetycki: od lirycznego Pozwalam sobie do zaangażowanego Zero, a w żadnym z nich nie brzmi fałszywie. Jednak już nie jestem pewien, że „będzie to robił”. Jego poezja może paść łupem jego scenicznej sławy. Byłoby szkoda. Trzymam kciuki za to, żeby pisania nie porzucał. Niech argumentem będzie też to, że poetyckie doświadczenie tak dobrze robi jego tekściarstwu.

Aha, a w poezji Bisz właściwie nie rymuje…

Michał Tabaczyński

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start