Odnotowano (1)

Wojciech Banach, "Rondo Bydgoszcz" Wojciech Banach, "Rondo Bydgoszcz"

28.09

Otwarcie Farbiarni (miejsce: Pracownia Fotografii Artystycznej Farbiarnia). Była zrujnowana, a teraz działa. Dokładniej: działać dopiero zaczyna. Na razie jest przestrzeń, bardzo oryginalna, bardzo ładna i bardzo przyjazna (czego więcej chcieć od przestrzeni artystycznej? może jeszcze tylko, by była zaludniona i to gęsto!). Na ścianach na razie wiszą zdjęcia z pleneru, co będzie wisiało później – nie wiadomo. Wiadomo, że coś wisieć może. Ta potencjalność to jest już dużo. Ta potencjalność to jest w istocie wszystko. No, prawie wszystko – bo są jeszcze ludzie. Spory tłumek. I ten spory tłumek niech będzie dobrą wróżbą dla tego miejsca. (mt)

 

28.09

Krzysztof Gruse, zbiór otwarty, wybór prac z lat 1986-2012 (miejsce: Galeria Miejska bwa). Brawura Grusego niepozorna jest, to brawura skromności. Niepozorny i skromny jest obraz świata, jaki się z prac tu zebranych wyłania albo: świat, jaki przez nie, przez te prace, widać, bo i tę cechę mają prace Grusego, że przez nie świat widać i to widać w zaskakującej ostrości – nie zdarza się to zawsze, nie zdarza się to często, zdarza się to rzadko i taką rzadkość na wystawie widzieliśmy. Może dlatego ten świat tak ostro widać, że tak często miniaturowa ta sztuka. A nie dość, że miniaturowa, to jeszcze głównie zainteresowana poboczem świata (często są to pobocza metaforyczna, jak w przypadku obrazów zrobionych z wewnętrznych stron okładek książek – kiedy indziej zajrzelibyśmy książce pod okładkę?!). Nie ma w tym żadnej sprzeczności: gdy pokazują nam świat miniaturowy, a do tego jeszcze tego świata pobocza, wtedy patrzymy uważniej i wzrok wytężamy o wiele mocniej niż przed czterdziestocalowym telewizorem, który pokazuje nam zbliżenie na centrum świata. (Ach i jeszcze to – na wernisażu z obrazów Grusego grali jak z partytury Mazoll i Janicki – mocno, pomysłowo, gra jeszcze wyostrzała kontury widzianego świata). (mt)

 

18.10

Jamal – koncert (miejsce: Estrada Stagebar). Generalnie nie uwzględniłbym tego koncertu w tak zacnym podsumowaniu, gdyby nie jedno małe „ale” – ci goście są naprawdę niesamowicie koncertowym składem. Przyznam, że nigdy nie przepadałem za ich muzyką – ot takie reggae z elementami hip hopu dla nastolatków. I pewnie nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby wybrać się na ich koncert, gdyby nie fakt, że zostałem nań zaproszony. A że mam w życiu taką osobistą zasadę, żeby w miarę możliwości zobaczyć, usłyszeć, przeżyć jak najwięcej, to żal było z zaproszenia nie skorzystać. I bardzo dobrze, bo Miodu i spółka – mówiąc młodzieżowo – pozamiatali! Dość powiedzieć, że na scenie stało chyba z siedmiu, doskonale zgranych muzyków, którzy zrobili prawdziwe show dosłownie porywając publiczność do wspólnej zabawy. Naprawdę znakomity koncert, który sprawił, że z zupełnie innej perspektywy spojrzałem na Jamala. I stąd właśnie miejsce w tej rozpisce – w pełni zasłużone. (kig)

 

20.10

Lao Che – koncert (miejsce: Estrada Stagebar, organizator: Rebel Music BDG). Akurat ten koncert wszedł do naszego zestawienia niejako z klucza. Powiem więcej – koncerty Lao Che w moim przypadku wchodzą do tego typu zestawień zaocznie, z góry i w ogóle bezapelacyjnie. Pomijam już fakt, ze Lao Che otwiera moje koncertowe Top 5 polskich składów. Pal licho, co ja tam sobie o nich myślę. To jest zwyczajnie genialny skład dający genialne koncerty – za każdym razem inne. Naprawdę. Widziałem ich na scenie chyba z szósty raz, za każdym razem w innych okolicznościach i zawsze rzucali mnie na kolana. Tym razem przyjechali do Bydgoszczy na pierwszy koncert trasy promującej ich najnowszy krążek Soundtrack. Już sama płyta jest niesamowita, ale ja nie o tym… Chciałem napisać o niezwykłej charyzmie Spiętego i o tym jak znakomicie cały skład czuje się na scenie, co za każdym razem docenia publiczność bawiąca się co sił w nogach i gardłach praktycznie od pierwszego do ostatniego numeru setu. A trzeba mieć zdrowie, żeby się tak bawić, bo muzyka to niezwykle energiczna, a każdy koncert Lao Che trwa przynajmniej dwie godziny. Tak było i tym razem, i kto wie, czy dla mnie nie były to najlepsze koncertowe dwie godziny w tym roku. Cudowny koncert, pełen prawdziwych emocji wdzierających się do głowy uszami, by w końcu ulokować się w sercu. I co niesamowite – publika bawi się i śpiewa ze Spiętym nie tylko te starsze, dobrze znane kawałki, ale i numery, które mają zaledwie kilkanaście dni. Tak – potęga muzyki, potęga tekstów. Lao Che rządzi!!! A jeśli ktoś ma inne zdanie – chętnie podejmę polemikę. Jeżeli wciąż nie wiecie, o czym piszę, bo nigdy nie widzieliście ich na żywo posłuchajcie mojej rady i w ciemno bukujcie bilety na najbliższy koncert – zwrócę Wam kasę, jeśli po występie stwierdzicie, że było słabo… (kig)

 

26.10

KARBIDO – koncert w ramach obchodów John Cage Year 2012 (miejsce: Mózg, organizator: Stowarzyszenie Artystyczne MÓZG). Koncert zatytułowany był Table Around Cage i nic w tym dziwnego, skoro panowie zagrali muzykę inspirowaną twórczością Johna Cage’a właśnie na swoim ulubionym instrumencie, czyli… stole! Kto nie bardzo to rozumie – wyjaśniam: Karbido nie jest typowym zespołem muzycznym; to raczej eksperymentalna grupa muzyczna, która znudzona konwencjonalną muzyką zbudowała sobie jeden z najbardziej oryginalnych instrumentów jakie widziałem – stół wydający całą masę przepięknych dźwięków. Nie będę się tu rozwodził nad wszystkimi możliwościami tegoż stołu (bo miejsca mało), wystarczy, jeśli w internetowej wyszukiwarce wpiszecie sobie „Karbido + stolik” i z pewnością dotrzecie do istoty sprawy. Ja miałem tu pisać o koncercie, więc piszę… Na początku warto wspomnieć, że znów słowo „koncert” nie jest tu najbardziej odpowiednie. Powinienem raczej użyć terminu „performance” bo chyba właśnie tym był ów występ. Czwórka gości ubranych na czarno biega wokół stolika, stuka i puka w jego blat, rzuca nań najróżniejsze przedmioty, energicznie pisze i rysuje, skacze, tupie, klaszcze… Tego wszystkiego mogliśmy doświadczyć 26 października w Mózgu i, co ciekawe, wszystkie te aktywności przekładały się na muzykę. Mniej lub bardziej zrozumiałą, ale jednak muzykę. I za to chwała wrocławskiej grupie, że potrafią w tak oryginalny sposób przekazywać emocje, dźwięki i najróżniejsze stany świadomości. Wszak serce publiki zdobywa się robiąc coś, czego inni nie robią i dzieląc się tym ze słuchaczami. Oni są w tym znakomici. Nie wierzycie – sprawdźcie ich płyty… (kig)

 

3.11

STOMP – koncert (miejsce: Opera Nova, organizator: Makroconcert Polska). Ten koncert musiał znaleźć się w tym zestawieniu bo to, co robią członkowie brytyjskiej formacji STOMP przekracza granice wyobraźni. Oczywiście wyobraźni widza, bo muzykom z pewnością jej nie brakuje. Oni muzykę słyszą i widzą dosłownie wszędzie, w każdym przedmiocie, ruchu. Każdy ich koncert (jak sądzę, bo widziałem dwa w kilkuletnim odstępie) zaczyna się tak samo – na scenę wchodzi gość z miotłą i zaczyna zamiatać. Po kilku sekundach rytmiczne ruchy zamieniają się w muzykę. Po chwili na tejże scenie pojawiają się kolejni ludzie z miotłami i razem tworzą przecudowne dźwięki. „Fajnie, ale ja już to widziałem” – pomyślałem w dziesiątej minucie koncertu. Kolejne minuty pokazały, jak bardzo się myliłem. Otóż ta ekipa robi rzeczy niesamowite. Jak wspominałem grają na wszystkim, co wpadnie im w ręce – na workach foliowych, wiadrach, puszkach, zapałkach, gumowych wężach, rurach, zapalniczkach… Długo by wymieniać. Mam wrażenie, że dla nich każdy przedmiot codziennego użytku wydaje piękny dźwięk, ale jeśli przedmioty te odpowiednio przygotować i zmultiplikować, to wyjdzie z tego osobliwa, „śmieciowa” symfonia. Ale sama muzyka, to nie wszystko, bowiem STOMP robią przede wszystkim SHOW! Wyobraźcie sobie osiem osób na scenie, które przez dobre pięć minut nieustannie rzucają sobie jakieś 10-12 puszek po farbie, czego efektem jest ich ciągłe szybowanie pod sufitem. I to bez żadnej – za przeproszeniem – skuchy! I tak ze wszystkim. Gramy na plastikowych beczkach, felgach i dekielkach? Nie ma problemu, ale zróbmy to niekonwencjonalnie – wertykalnie, wisząc na linach kilka metrów nad sceną! Gramy na koszach z supermarketu? Pewnie, ale zróbmy to inaczej, na przykład weźmy cztery kosze więcej niż jest nas i sprawmy, żeby te wszystkie wózki bezustannie wirowały po całej scenie, wędrując z rąk do rąk. I tak przez półtorej godziny – nieustanna „jazda bez trzymanki”! A do tego wszystkiego każdy „numer” okraszony jest serią gagów, z których publiczność zaśmiewa się do rozpuku. Tak, to pewne – STOMP są mistrzami w tym co robią i udowadniają to za każdym razem. Jeśli ktoś jeszcze nie widział ich na żywo koniecznie powinien to nadrobić. Okazja na z pewnością prędzej czy później się nadarzy. (kig)

 

12.11

Międzynarodowe Sympozjum Wiersza (organizator: Związek Literatów Polskich,Bydgoszcz; miejsce: Galeria Wspólna MCK). Poezja to jest zaskakujący dziwoląg. Trwa, jakoś wciąż trwa, jakoś wciąż bywa dla ludzi sprawą ambicji, a nawet – sposobem na życie. Niepojęte. Generuje najrozmaitsze zdarzenia. Choćby i takie, jak to sympozjum. Nie mam pojęcia, gdzie umieszczać jego uczestników/bohaterów, szczególnie gości zagranicznych. Jest Zhao Zhifang poetką dużej miary, czy jedną z kilkuset tysięcy (za mało? kilku milionów? nie potrafię wyczuć nawet tej skali) szeregowych członków Chińskiego Stowarzyszenia Pisarzy? Czy Lam Quang My to jakiś wietnamski gigant poezji jest, czy zwykły grafoman? Skąd to mamy wiedzieć? Pomiędzy naszymi językami, kulturami i poetyckimi wrażliwościami są otchłanie nie do zasypania. Niezależnie od wszelkich rozważań o poetyckich hierarchiach, o pozycji poszczególnych poetów i ich twórczości na rozmaitych poetyckich mapach spotkanie było ciekawe. Dlaczego? A to dzięki zgrabnej formule – nie chodziło bowiem o zwykłe czytanie wierszy, ale o podzielenie się doświadczeniem, jakie u podstaw danego wiersza legło. Poezja może być czasem nieciekawa, ale człowiek pozostaje ciekawy. Aż żal, że tej ciekawości ludzkich historii nie mogło zaspokoić więcej osób, skoro sympozjum odbyło się o oryginalnej dość porze: poniedziałek w samo południe. (mt)

 

19-21.11

Drums Fuzje 2012 – festiwal (miejsce/organizator: Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy). Tegoroczne Drums Fuzje były dosłownie przepyszne. Zasada od zawsze ta sama – prezentacja bydgoskich perkusistów, których przecież nie brakuje. Tak było i tym razem. Przez trzy festiwalowe dni zobaczyliśmy popisy: Piotra Biskupskiego, Jacka Pelca, Marcina Jahra, Rafała Gorzyckiego, Qby Janickiego, Waldemara Franczyka i Jacka Buhla. I wszyscy oni byli znakomici, ale przecież nie oni jedni! O ile bowiem stricte perkusyjny był występ pierwszego dnia dwóch pierwszych panów z powyższej listy (oni co prawda grali z towarzyszeniem Big Bandu Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, ale to na nich spoczywał blask jupiterów) o tyle w dniach i składach następnych proporcje były nieco bardziej wyważone. Pelc i Biskupski zagrali nieźle, ale mnie ich występ znudził. Na szczęście nie na tyle, żeby odpuścić sobie kolejne koncerty odbywające się w ramach Drums Fuzji. Drugiego dnia festiwalu na scenie najpierw pojawiło się trio Marcin Jahr / Bernard Maseli / Tomasz Grabowy a po nich formacja TEUTA czyli bracia Steczkowscy, którym towarzyszył Waldemar Franczyk. Dwa znakomite i jakże różne koncerty. Trio Marcina Jahra zagrało nieco bardziej klasycznie, jazzowo, choć nie stronili od zabawy dość niekonwencjonalnymi instrumentami, jak berimbau czy kalimba, czym z pewnością zaskoczyli niejednego słuchacza. Do tego panowie Jahr i Maseli okazali się nader sprawnymi konferansjerami, których – ku uciesze publiczności – wołami trzeba było ściągać ze sceny. Świetny koncert i znakomita zabawa – czy trzeba czegoś więcej? Po nich na scenie pojawili się członkowie projektu TEUTA i zagrali przecudowny (moim zdaniem najlepszy podczas tej edycji festiwalu) koncert pełen folkowych zagrywek wspomaganych ciężkim bitem z niezwykle rozbudowanego zestawu perkusyjnego Franczyka i bardzo zaskakującymi dźwiękami całego zestawu fletów i efektów elektronicznych Marcina Steczkowskiego. Naprawdę ciężko w kilku słowach opisać energię towarzyszącą temu występowi. Było magicznie!
Trzeci dzień był zdecydowanie bardziej eksperymentalny, co wcale nie znaczy, że gorszy. Na dobry początek wieczoru na scenie pojawił się duet Rafał Gorzycki / Kamil Pater, który zaprezentował swoją wersję „Polskich melodii”. Nie było jednak cepelii – przeciwnie – panowie w niezwykle subtelny sposób interpretowali rodzime melodie czarując dźwiękami publiczność zebraną w MCK. Słyszałem dość mieszane opinie na temat tego koncertu – nieważne, mnie tam się podobało. A potem przyszedł czas na zmianę, czyli trio Qba Janicki / Wojtek Mazolewski / Joanna Duda. No, tu działo się dużo. Dość powiedzieć, że cała trójka bawiła się na scenie równie dobrze jak publiczność, walcząc ze sobą nie tylko na cudowne, głównie improwizowane dźwięki, ale i zabawne ruchy, gagi, zgrywy. Znakomity koncert, po którym zwyczajnie MUSIELI bisować – nie mieli wyjścia. Drums Fuzje 2012 zakończył występ Pana Jabu (Jahna / Buhl) w Kawiarni SZPULKA. Tu również nie brakowało improwizacji, choć zdecydowanie trudniejszych, bardziej rozbudowanych, do bólu instrumentalnych. I znów był to koncert zupełnie inny niż pozostałe, na długo zapadający w pamięci. Zresztą, jak całe tegoroczne Drums Fuzje – trzeba przyznać, że ten event ma ogromny potencjał, tym bardziej cieszy fakt, że w końcu znalazł godne siebie miejsce, czyli koncertowe przestrzenie MCK, w których taka muzyka brzmi zwyczajnie znakomicie! (kig)

 

1.12

Łąki Łan – koncert (miejsce: Estrada Stagebar, organizator: Rebel Music BDG). To nie jest tak, że ja jakoś nad wyraz promuję Estradę i Rebel Music. Wszak to nie moja wina, że robią tak dobre koncerty. Szczególnie, jeśli zapraszają takie składy jak Łąki Łan. Nie będę znów rozpisywał się na temat mojego koncertowego Top 5, ale te dziwne muzyczne robale zajmują w nim naprawdę wysoka pozycję. I nic dziwnego, bo muzycy to znakomici i znakomicie szaleni, co za każdym razem gwarantuje im sukces. Ja co prawda delikatnie zawiodłem się na tym koncercie myśląc raz po raz, że już to widziałem, ale byłem w tym przekonaniu zdecydowanie osamotniony. Reszta publiczności przez bite półtorej godziny tańczyła jak Łąki Łan jej zagrali. A zagrali zacnie, bo prócz kawałków z ich ostatniej płyty Armanda nie brakowało też numerów starszych, rozgrzewających nawet najbardziej opornych słuchaczy do czerwoności. Były więc skoki, tańce i stage diving w wykonaniu publiczności, a także cała masa skocznych dźwięków, bieganie po scenie i obowiązkowe stroje prosto z polany w wykonaniu zespołu. Owszem, liczyłem na coś więcej, ale nie zmienia to faktu, że był to jeden z najciekawszych koncertów ostatnich miesięcy. (kig)

 

1-5.12

Międzynarodowy Festiwal Teatralny INNE SYTUACJE (miejsce: Teatr Polski Bydgoszcz / Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, organizatorzy: BCSK Yakiza). Żeby nie było tak do końca muzycznie postanowiłem napisać o teatrze, wszak kocham go na zabój. Co ciekawe, o ile w TPB bywam od lat, o tyle z teatrem offowym nie miałem dotychczas zbyt wiele do czynienia. Owszem, zdarzyło mi się coś tam zobaczyć, ale jakoś wielkiego szału nigdy to na mnie nie zrobiło. Do czasu! A czasem tym był występ w MCK Teatru Wierszalin z Supraśla, który przy ul. Marcinkowskiego 12-14 zaprezentował niesamowity spektakl Bóg Niżyński. I na nim skoncentruję się w tej relacji z dwóch względów – po pierwsze, wyczerpany całym tygodniem Plus Camerimage nie byłem w stanie dotrzeć ani na Teatr ZAR do TPB, ani na Moskwę – Pietuszki w wykonaniu Jacka Zawadzkiego w MCK (o obu słyszałem, że bardzo dobre, ale że nie moja to opinia, to jedynie – z dziennikarskiego obowiązku – ją przytaczam); po drugie zaś, widziałem ostatniego dnia festiwalu eksPLoracje Teatru Krzyk, ale był to zdecydowanie zły spektakl, więc na tym jedynie poprzestanę. Zaś co do Wierszalina, to muszę przyznać, że rzucił mnie na kolana. Choć offowy/alternatywny, to jednak do bólu profesjonalny jest to zespół. Dość powiedzieć, że Rafał Gąsowski, który wcielił się tu w główną rolę tancerza tragicznego – Wacława Niżyńskiego – grał jak w transie doprowadzając swoje ciało i słowa do stanów takiego uniesienia, jakiego jeszcze chyba w teatrze nie widziałem. I nie była to tania zagrywka na kilka minut – on przez bite półtorej godziny balansował na granicy obłędu, wprawiając widzów w niemalże hipnotyczny stan osłupienia, niepewności, strachu, niepokoju, czy wreszcie płaczu. Coś genialnego, czego każdy miłośnik teatru powinien doświadczyć choć raz w swoim życiu. Mnie ten raz z pewnością nie wystarczy, więc już dziś z niecierpliwością wypatruję kolejnych występów ekipy z Supraśla gdzieś w mojej okolicy. Mam nadzieję, że się doczekam, bo przeżycie to – wierzcie mi – nie ma sobie równych.
Na koniec warto w przypadku INNYCH SYTUACJI nagrodzić również bydgoską publiczność. Wydawać by się mogło bowiem, że teatr – z nazwy: alternatywny – ma w naszym mieście zaledwie garstkę zagorzałych miłośników. Nic bardziej mylnego! Przez trzy festiwalowe dni, kiedy spektakle odbywały się w MCK sala pękała w szwach. Dosłownie – każdego dnia część publiczności musiała zadowolić się „dostawkami”, bo miejsc „zaplanowanych” było zdecydowanie za mało. Cieszy mnie to niezmiernie i liczę na to, że tendencja ta będzie się rozwijać. Dobry – za przeproszeniem – produkt, a takim z pewnością są INNE SYTUACJE, zasługuje na dobrą, wyrobioną i liczną publiczność. W tym roku się udało, nie widzę możliwości, żeby w przyszłości miało być inaczej… (kig)


 Książka Dariusza Tomasza Lebiody...

... jest książką podróżną. W tym oczywiście znaczeniu, że opisuje podróż (czy może dokładniej: podróże, bo choć destynacja była ta sama, to wycieczek wiele) transatlantycką z całym bogactwem doznań, jakie wywołuje Ameryka. Ale i w tym znaczeniu, że każda podróż w przestrzeni jest podróżą w czasie, jest podróżą – mówiąc wprost – w głąb siebie, zachętą do refleksji nad sobą. Widać to w wielu wierszach, które za punkt wyjścia mają amerykański krajobraz, jakiś szczegół amerykańskiej powszedniości, ale mówią o samym autorze. Mówią więcej niż było zamierzone, więcej niż poezja konfesyjna. [Dariusz Tomasz Lebioda, Bulwar Singera] (mt)

 

Poezja etyczna, choć w subtelny sposób.

Poezja poważna, chociaż zabarwiona ironią. Poezja ducha, ale przecież tak często – nie tylko dla kontrastu, ale i pewnie dla ważniejszych dużo powodów – wykorzystująca cielesne motywy. Poezja nadzwyczaj szczera, ale przecież korzystająca z retoryczno-poetycznego instrumentarium chwytów. Poezja religijna i podniosła, ale przecież tak często przywiązana do naszej ziemskiej widzialności. Czy trzeba dopisywać, że to poezja pełna sprzeczności? [Małgorzata Mówińska-Zyśk, Dopóki] (mt)

 

Od takiej metaforycznej jazdy w kółko aż kręci się w głowie.

Bydgoszcz jako rondo? Skrzyżowanie o ruchu obłędnie okrężnym? O samoregulującej się przepustowości? Czego są to metafory? Poezji? Bydgoszczy? Życia po prostu? Niełatwo rozstrzygać. W każdym razie w swoim kolejnym wyborze wierszy Wojciech Banach skupia się na swoim miejscu na świecie i z melancholią, która wie, że własne miejsce kochać trzeba, ale kochać je ciężko, zdaje relację ze swojego bydgoskiego życia. [Wojciech Banach, Rondo Bydgoszcz] (mt)

 

Dwie są decydujące o kształcie tego tomu okoliczności i obie pozaliterackie...

...pierwsza to fakt, iż mamy tu do czynienia z debiutem późnym, druga to wykształcenie autorki (która jest biologiem). Obie determinują tę twórczość, sprawiając, że poezja ta omija rafy, na które wielu młodych debiutantów o humanistycznej i filologicznej proweniencji zazwyczaj wpada. [Aleksandra Brzozowska, Kropelka perfum Chanel] (mt)

 

Jubilaci

Dwie książki na podwójne, wspólne 25-lecie. Arytmetyka literacka może nie mieć większego znaczenia, zresztą – liczby są wyjątkowo nieme, ale łączy w tym roku dwoje bydgoskich literatów: oto 25 lat temu w tym samym tytule (tygodnik „Fakty”) debiutowali Wiesława Barbara Jendrzejewska i Ryszard Czestochowski. Poetka i prozaiczka oraz poeta i dramaturg podsumowują ćwierćwiecze literackiego istnienia książkami, odpowiednio, Tyle oraz Młode i stare. Oba tytuły są znaczące, oba tytuły poprzez domniemany kontekst temporalny (a przynajmniej w przypadku Jendrzejewskiej jakoś z chronologią i czasem związany (czyżby – dywaguję – eliptyczny był ten tytuł: tyle… czasu, tyle… lat?) są, może i mimowolną, refleksją nad upływającym czasem, nad własnymi dokonaniami, nad ludzkim doświadczeniem i jego zmiennością w czasie. A czas nie przystaje ani na chwilę. [Wiesława Barbara Jendrzejewska, Tyle / Ryszard Częstochowski, Młode i stare] (mt)

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Styczeń 2013 Odnotowano (1)