Zugzwang (1): Ojciec i syn

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Wydawałoby się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ktoś, kto zna losy rodziny Gajczaków zapewne nigdy by tak nie powiedział. Ojciec Tadeusz był człowiekiem wybitnym. Jego syn – Wojciech – mógłby być prototypem przestępcy w powieści kryminalnej. A wszystko, co najlepsze (i co najgorsze też) spotkało ich w Bydgoszczy w latach trzydziestych i czterdziestych minionego wieku. 

Tadeusz Gajczak pochodził z Galicji. Był związany z Krakowem, w którym ukończył gimnazjum i z Lwowem, w którym studiował. Właśnie w mieście urodzin Zbigniewa Herberta i Stanisława Lema najdłużej zagrzał miejsce. Przez wiele lat sprawował tam funkcję naczelnika warsztatów głównych kolei państwowych. Do Bydgoszczy przybył w 1929 roku i od razu piastował ważne dyrektorskie stanowisko w fabryce Kabel Polski. Stanisław Błażejewski, autor biogramu jemu poświęconemu, wskazywał nie tylko na jego zdolności kierownicze i świetne przygotowanie merytoryczne Gajczaka, ale też na wysoką kulturę osobistą. Dyrektor starał się docenić „zwykłych ludzi”, chętnie też udzielał im pomocy, co w warunkach szalejącego kryzysu było szczególnie istotne.
Pomimo wielu obowiązków służbowych i udziału w licznych organizacjach oraz towarzystwach regionalnych i ogólnopolskich prawie cały wolny czas poświęcał rodzinie. Z żoną Janiną wychowywał trzech synów: Wojciecha, Jerzego i Stefana. Jego związki z miastem nad Brdą trwały do 1937 roku. Wtedy też został prezesem zarządu Towarzystwa dla Eksportu Kabli i Przewodów z siedzibą w Warszawie, gdzie wraz z rodziną przeniósł się. Zmarł w stolicy w marcu 1939 roku.

Jego pierworodny syn, Wojciech, tak bardzo wrósł w ziemię bydgoską, że gdy tylko miasto nad Brdą zostało zdobyte przez Sowietów, natychmiast postanowił się do niego przenieść. Był luty 1945 roku, gdy Wojciech Gajczak rozpoczął karierę w Milicji Obywatelskiej na stanowisku: lekarz, choć nie posiadał jeszcze dyplomu lekarza medycyny. Miał w tamtym czasie zdane prawie wszystkie egzaminy, niemniej lata wojny i okupacji nie pozwoliły mu na dokończenie studiów. W liście do brata Jerzego pisał: „Szkoda, że nie mieszkasz w Bydgoszczy, miałbyś okazję do bardzo taniego leczenia, chociażby na koszt MO. Wszelkie leki najlepsze dla ciebie za darmo. Zastrzyki, opieka lekarska również za darmo. (…) Jest masa lokali, kin, teatrów, czytelnie. Dzięki gazowi, wodzie, elektryczności życie o wiele łatwiejsze”.

Z oficjalnych pism i dokumentów, które z tamtego czasu przetrwały, wynika, że Gajczak junior dobrze wypełniał swoje obowiązki. Narzekał jednak na niskie uposażenie. Możliwe, że właśnie zła sytuacja materialna pchnęła go na drogę nielegalnej działalności. W czerwcu 1945 roku, zapewne za cichą zgodą swoich przełożonych z lecznicy, wykonał pierwszy zabieg przerywania ciąży. W ciągu następnych kilku miesięcy wykonał takich nielegalnych zabiegów co najmniej kilkanaście.

W połowie września zgłosiły się do niego dwie kobiety: matka z córką. Córka w wieku osiemnastu lat była w 4 miesiącu ciąży. Matka twierdziła, że ciąża ta była wynikiem gwałtu dokonanego na nastolatce przez żołnierza radzieckiego. Gajczak zgodził się przeprowadzić zabieg aborcji, a następnie zainkasował honorarium w wysokości 5 tysięcy zł. Były to w tamtym czasie horrendalne pieniądze, gdyż oficjalne jego zarobki, były ponad sześciokrotnie mniejsze.

Zabieg spędzenia płodu – jak kiedyś nazywano tę czynność – doprowadził do śmierci nieszczęsnej kobiety. Gajczak, gdy stanął przed wyborem ujawnienia prawdy bądź próby zatarcia swojego błędu, wybrał tę drugą ewentualność. Pociął skalpelem ciało zmarłej, a następnie wrzucił je do Brdy. Kilka dni później o córkę upomniała się matka. Gdy zdenerwowana postraszyła go prokuratorem, Gajczak podstępnie uśmiercił ją (wstrzyknął jej do krwi chloroform), postępując z jej ciałem analogicznie jak w przypadku córki. Mimo że został złapany i osadzony w areszcie, to później udało mu się zbiec i od tej pory jego los pozostał nieznany. Jeszcze w latach siedemdziesiątych minionego wieku poszukiwano go listem gończym, a prowadzący sprawę mjr Wyłupek twierdził, że przestępca ukrywa się poza granicami PRL.

I choć zbrodnia syna w jakimś sensie okryła hańbą całą rodzinę, to w żaden sposób nie była w stanie przekreślić osiągnięć ojca – również tych dokonanych dla naszego miasta.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Styczeń 2013 Zugzwang (1): Ojciec i syn