Bydgoszcz to nie San Francisco

Tomasz Maliszewski Tomasz Maliszewski

Z Tomaszem Maliszewskim, byłym dyrektorem regionalnym Radia Eska Bydgoszcz, a obecnie członkiem zarządu agencji promocyjnej PTR Events o mijającym roku w regionalnej muzyce rozmawia Maciej Federowicz.


 

Grudzień to tradycyjnie już czas podsumowań. W jakim nastroju żegna pan muzyczny 2012 rok? Zdarzyło się coś wyjątkowo ciekawego w regionalnej muzyce?
Cały 2012 rok uważam za wyjątkowo nudny w muzyce. Nie miał on żadnych szaleństw po stronie popowej, a także muzyce środka czy rockowej lub hardrockowej. Nie było niczego, co mogłoby być naprawdę godne zauważenia, ale w tym wszystkim paradoksalnie nasz region wypadł całkiem przyzwoicie.

Pojawiła się (wydana co prawda w końcówce 2011, ale rozegrana w 2012) świetna płyta George Dorn Screams Go Cry On Somebody Else’s Shoulder, która dla mnie jest pewnym światełkiem nadziei na powtórzenie sukcesu z dokonań Snow Lovers Are Dancing, gdyż zespół wrócił nią do swoich korzeni. Ich nowy krążek jest powrotem do fajnej psychodelii, ale jednocześnie popartej dużą piosenkowością i to świadczy o ciągłym rozwoju zespołu. Ta płyta była zresztą niesamowicie wysoko oceniana w pismach branżowych, co postawiło kapelę w bardzo dobrej pozycji na przyszłość.
Świetną płytę wydała także nasza Ania Rusowicz. Z premedytacją mówię „nasza”, gdyż tak naprawdę rozpoczęła ona swoją karierę muzyczną w Bydgoszczy w zespole Dezire. Wielokrotnie rozmawiając z nią miałem świadomość, że ona nigdy nie odcina się od tego, co ją spotkało w naszym mieście. Teraz wydała znakomitą płytę, za którą zdobyła wiele Fryderyków i wszystko, co było do zgarnięcia w tym roku. Jej sukces jest także w miarę komercyjny, gdyż wystąpiła na festiwalu TOPtrendy czy w Opolu. To wszystko świadczy, że ten rok należy do niej i jeśli będzie się trzymała tego postbigbitowego klimatu, który sobie obrała, to ma szansę dalej mieszać na scenie muzycznej.

Zarówno George Dorn Screams oraz Ania Rusowicz istnieją już od jakiegoś czasu na muzycznym rynku. Czy zdarzyło się coś nowego, co przykuło pańską uwagę?
Anię Rusowicz ja bym jednak potraktował w kategoriach nowości, bo jej dotychczasowe osiągnięcia były zawsze bardzo w tle działań zespołów, w których występowała. Wcześniej kryła się trochę za projektami typu Dezire czy IKA, w których nie grała pierwszoplanowej roli, a w tym roku zrobiła wreszcie coś samodzielnie. Dla mnie jest to swego rodzaju novum, bo zaprezentowała nowe spojrzenie na muzykę. Jest to oczywiście powrót do korzeni bigbitowych, ale jednocześnie coś zupełnie nowego i świeżego na rynku.
Ponadto słuchałem ostatnio kilku projektów muzyków trochę niszowych, balladowych. Świetną płytę koncertową, ale z dwoma nowymi utworami wydał Leonard Luther. Jest to realizacja jego koncertu, który odbył się w Węgliszku i nagle zauważyłem, że popyt na tego typu muzykę zaczął być coraz większy. Do łask wraca muzyka balladowa, która kiedyś nazywana była ogniskową.
Jednak trudno mi wskazać coś zupełnie nowego, co byłoby godne polecenia. Raczej nic takiego się nie pojawiło.

Co natomiast muzycznie się nie udało w naszym regionie? Co było ewidentną porażką?
Kompletnie nie powiodła się próba powrotu na scenę pop-rockową grupie Manchester, która w Toruniu wydała nową płytę. To nie tylko nieudana chęć przypomnienia o sobie, ale przede wszystkim wtórna. Zespół nagrywał pod wpływem takich kapel z list przebojów jak Sunrise Avenue czy The Rasmus. Niestety okazało się to nietrafione.

Jak ocenia pan bydgoską ofertę festiwalową? Mamy Muszlę Fest, Mózg Festival czy Bydgoski Festiwal Muzyczny. To wystarcza?
Nam się wydaje, że te festiwale prezentują coś nowego. Natomiast w swoich kręgach ta muzyka jest wyjątkowo popularna i oczywiście będzie gromadziła pewną rzeszę uczestników festiwali, ale np. przy całym szacunku dla działań Mózgu, to nie możemy mówić o jego wielkim sukcesie frekwencyjnym. Jest to jednak pewna nisza i zamknięcie się w dosyć hermetycznym świecie muzycznym. Tam też wielkich nowości nie było. Natomiast mówiąc o Muszli Fest, to ja za każdym razem mam wrażenie pewnej wtórności. Było tam coś, co pana w tym roku jakoś zafascynowało?

Na pewno godna zauważenia była premiera nowej płyty kapeli Upside Down.
Upside Down moim zdaniem od dawna gra ten sam rodzaj muzyki i nawet nie za bardzo eksperymentuje. Pewien mój znajomy – muzyk rockowy, któremu puściłem materiał z Aperitif, powiedział mi, że jemu kojarzy się on ze „smutnym punkiem”. Dla mnie to są klimaty, które już od dawna były i są cały czas powielane. Okay – ktoś powie – „taki jest punk rock, gra się na power chords”, ale ten zespół nie wnosi żadnego powiewu świeżości i może dlatego największym jego osiągnięciem jest granie „u boku” takich grup, jak: Armia, Dezerter… dlatego przepraszam, ale wolę wziąć do odtwarzacza nowe CD Billy Talent (polecam Viking Death March).

A co w takim razie z George Dorn Screams, o którym swego czasu Artur Rojek powiedział, że to obecnie najciekawszy gitarowy zespół w Polsce. Dlaczego ciągle nie może się przebić?
Moim zdaniem oni się ciągle przebijają. Dlatego wcześniej wspomniałem o ich nowej płycie, bo została zauważona na rynku muzycznym w całej Polsce i tego nikt nie kwestionuje. To jest grupa, która ma pewien potencjał ogólnopolski, ale gra bardzo specyficzny rodzaj muzyki, bo nie jest ona lekka, łatwa i przyjemna. To jest naprawdę dobre indie-rockowe granie. Dla mnie to jest przykład zespołu, który w swojej bardzo wąskiej i hermetycznej działalności odniósł sukces. Dla nich nie jest problemem zgromadzić na klubowym koncercie we Wrocławiu 200 osób. Znam natomiast różne zespoły o bardzo znanych markach, które nie są w stanie zgromadzić tych 200 osób w klubie. I to są kapele mające swego czasu wielkie przeboje hulające po listach przebojów, które zna i nuci cała Polska, ale mało kto wie, że te składy jeszcze istnieją, więc na ich koncerty prawie nikt nie przychodzi. Natomiast koncerty GDS gromadzą te osoby, które wiedzą, na czym ich muzyka polega. To jest pewna specyficzna nisza.

Brak kolejnej edycji ArtPop Festival był dla pana zaskoczeniem?
W czasie trwania Smooth Festival, który potem zmienił nazwę na ArtPop Festival, ja realizowałem projekty totalnie komercyjne, m.in. Hity na Czasie czy Bydgoszcz Hit Festiwal. Były to bardzo popowe, ludyczne i komercyjne produkcje. Zawsze uważałem, że w Bydgoszczy jest miejsce zarówno na tego typu muzykę, czyli ludyczne klimaty, jak i na bardziej wysublimowane rzeczy, czyli np. Smooth Festival czy realizowany wcześniej m.in. przeze mnie Low Fi Festival. Natomiast w tym momencie nie jestem tego pewien, bo nie uważam, że nasze miasto może przyciągnąć na niszowe projekty tłumy ludzi. Bydgoszcz to nie San Francisco, a nawet nie Warszawa czy Trójmiasto, czyli miejsca, które mają wyjątkową pozycję na mapie uniwersytetów czy szkół wyższych. To w nich gromadzą się ludzie z bardzo różnych środowisk i są one w stanie przyciągnąć dużą publiczność. Myślę o takim poziomie, który chciał osiągnąć ArtPop, czyli od 10 do 20 tys. osób z całej Polski. Ja w to po prostu nie wierzę w Bydgoszczy. Jednak gdyby ktoś dalej szedł w klimacie, który był realizowany na Wyspie Młyńskiej przy okazji Smooth Festival, to mogłoby się udać. Liczenie na publiczność rzędu 3 – 5 tys. jest realne.

Co jest dla pana miarą sukcesu regionalnego wykonawcy?
Dla mnie miarą sukcesu wykonawcy z naszego regionu jest jego postrzeganie na rynku ogólnopolskim. Nawet jeśli patrzymy na grupy takie jak Upside Down, to trzeba niestety powiedzieć, że nie święcą one triumfów na niszowych nawet scenach w całej Polsce. Moim zdaniem dzieje się tak właśnie dlatego, że to jest wtórne i to wszystko było. Wiem, że lubimy słuchać czegoś, co znamy, ale z drugiej strony to oznacza, że bardzo mocno ograniczyliśmy się do naszego rynku. Nie mamy w Bydgoszczy grup, które grałyby podobnie jak m.in. Muchy, niestety nieistniejące już The Car Is On Fire czy Plateau. W naszym mieście póki co nie odnajdujemy zespołów „konsumujących” tego typu sukcesy.


Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2012 Bydgoszcz to nie San Francisco