Wielki Gatsby – twarzą z lustra?

Wielki Gatsby Wielki Gatsby Krzysztof Bieliński

Nie ma tu na szczęście żadnych odniesień czy podobieństw do słynnych amerykańskich ekranizacji „Wielkiego Gatsby’ego”. Autor pierwszej polskiej adaptacji powieści Francisa Scotta Fitzgeralda i reżyser przedstawienia, Michał Zadara opiera się bowiem wyłącznie na książce. I to nie na polskim tłumaczeniu, lecz angielskim oryginale, którego przekładu sam dokonał dla potrzeb tej inscenizacji. Dzięki temu język brzmi w roku 2011 bardzo autentycznie. Ze sceny padają nawet najmodniejsze przekleństwa. Ale proszę się nie obawiać, nie ma tu tego za wiele. Akurat tyle, ile w bardzo stresujących sytuacjach używa dziś pokolenie trzydziestolatków. Bohaterowie mówią i zachowują się jak współcześni ludzie. Ale nie do końca. Ich gra nie jest realistyczna. W najciekawszych momentach zanurza się w grotesce, pastiszu.

Gatsby Zadary jest absolutnym przeciwieństwem pięknego, eleganckiego Redforda. To nieciekawy człowieczek, na którym nawet garnitury z najsłynniejszych domów mody źle leżą i któremu przysłowiowa słoma wystaje zza cholew. Skonstruował o sobie mit potomka zamożnego rodu, absolwenta Oxfordu, bohatera wojennego. W miarę jak zaczynamy go poznawać, mit powoli się rozwiewa. Gatsby bowiem w swej pozie przesadza. Jest sztuczny. Hiperpoprawny. Pod koniec przed nami miota się już tylko śmieszna, wręcz groteskowa figurka. Z pozoru też tylko porażona romantyczną, doz­gonną miłością do bogatej panny.

W to opętanie Gatsby’ego miłością do bardzo nudnej, bezbarwnej kobiety, jaką jest tutaj Daisy Barbary Wysockiej, trudno uwierzyć. Myślę, że bohater nie tyle ją kocha, ile za wszelką cenę, może nawet podświadomie, próbuje zdobyć, aby podnieść własną wartość. Tak w swoim odczuciu, jak i otoczenia. Zdradzana przez męża kobieta wikła się w ten romans z dawnym chłopakiem, ale w dramatycznej sytuacji schronienia szuka jednak właśnie w ramionach męża. Co więcej – swoim nieprzyznaniem się do spowodowania wypadku, w którym ginie kochanka Toma, świadomie wydaje wyrok śmierci na Gatsby’ego. Jej miłość też bowiem nie jest prawdziwa. W pierwszym momencie może być nawet tylko odwetem na mężu za zdradę, a potem chwilowym zauroczeniem. Bo, jak napisano nam na bilboardzie, „przeszłości powtórzyć się nie da”…

To nie jest dramat miłosny, ale dramat społeczny. Na scenie widzimy portret społeczeństwa opętanego kultem pieniądza i zabawy. Jak, nie przymierzając, nasze. Prostaków dorabiających się na przekrętach, jak ci, których zdjęcia nie schodzą dziś z pierwszych stron gazet i których eksponujemy nierzadko w kącikach VIP-ów. I to może być usprawiedliwieniem do sięgnięcia przez Zadarę po powieść Fitzgeralda tu i teraz.

Oglądamy świat pozornych wartości, całą plejadę głupców, pozerów, wiodących życie kompletnie bez sensu. Stąd pomimo perfekcyjnej konstrukcji, dobrego na ogół wykonania, sensacyjnych wątków fabuły i prób szpikowania scen akcentami humorystycznymi, chwilami spektakl jest nudny. Postaci rozmawiają o niczym. Jest w nim kilka scen nadmiernie przeciąganych. Kilka ról, nawet jak na pastisz czy groteskę, nieco przerysowanych. W tym niestety trochę też Gatsby Michała Czachora.

Ale są też role świetne, jak Dziewczyna Toma w wykonaniu Marty Ścisłowicz, Tom Mateusza Łasowskiego, czy Nick Artura Krajewskiego, a także niektóre epizody grane przez Anitę Sokołowską czy Małgorzatę Witkowską.

Interesującą stronę tego przedstawienia stanowi bez wątpienia jego forma plastyczna autorstwa Roberta Rumasa. Ciekawa, estetyczna i funkcjonalna. Dwupoziomowa konstrukcja z desek pośrodku obrotowej sceny umożliwia szybkie zmiany miejsca akcji. Ciekawym zabiegiem jest też poszerzenie przestrzeni do grania poza deski sceny i widownię. Wiele scen jest na żywo transmitowanych przy pomocy kamer ustawionych we foyer, na korytarzach, schodach, a nawet przed teatrem. Albo sięgający pierwszych rzędów pomost oddzielający dwa baseny. W jednym, na dmuchanym materacu pływa Gatsby, w drugim opony z warsztatu Wilsona. Symbol podziału społeczeństwa na światy – bogatych i biednych. Bawiących się i pracujących.

Urozmaiceniem spektaklu jest złożony z aktorów zespół imitujący muzykę na żywo i świetna Karolina Adamczyk w roli Mike’a Pattona. Choć w ogólnych proporcjach trochę tu tego muzykowania za dużo.

Przedstawienie oparte na ciekawej intrydze, sympatyczne, estetyczne… Ale czy niesie z sobą jakieś szczególnie ważne przesłanie? Czy doznajemy po jego obejrzeniu jakichś intelektualnych olśnień? Albo emocjonalnych uniesień? Chyba jednak nie…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start