PRZEZ RUDE OKULARY #2: „ORP Młodość. Skały na kursie, panie kapitanie!”

PRZEZ RUDE OKULARY #2: „ORP Młodość. Skały na kursie, panie kapitanie!” Źródło: Sxc.hu

Nigdy nie miałem łódki. Czy to wiosłowej czy motorowej, zdobnej żaglami wieloma tudzież żaglem jednym, ciągnionej na linie, pchanej siłą ludzkiej woli, parowej czy napędzanej pedałami lub energią rozszczepialną. No, bo na cholerę by mi była łódka?! W jakimkolwiek momencie życia?! Kiedy przebywałem jeszcze w wieku, gdy sięgałem (ledwo) główką ponad stół, to jednostka pływająca jakiegokolwiek autoramentu potrzebna mi była jak nożyczki podczas zamieci. Jak się zachciało jechać na ryby z dziadkiem, to łódkę miał wujek-dziadek Edek. Na wczasach metalowe pływaki tudzież plastikową formę wtryskową napędzał pedałowaniem Tata i była ona wypożyczona na podstawie karty pływackiej od opatrzonego sumiastym niezmiennie wąsem Pana Ratownika. Filtr osiemdziesiątka robiony na zamówienie i można było zacząć wyobrażać sobie jakimi kolorami mieniłaby się siedząca na ramieniu Taty papuga o niezmiennym również imieniu Polly.

Problemy z jednostkami nawodnymi zaczęły się pewnego upalnego czerwcowego przedpołudnia kiedy nadal ledwo wystawałem ponad blat, ale wiosen i oparzeń miałem już więcej. Rodzice nie chcieli ruszyć się za miasto, bo musieli „iść rano do pracy” (swoją drogą pamiętacie moment w swoim życiu, w którym ten tekst przestał być abstrakcyjny?), a dziadek z wujkiem Edkiem byli na wyprawie rybno-piwno-bezżonnej od dwóch dni i nie mieli najwyraźniej ochoty wracać. Zabawa z wyimaginowanymi papugami zapowiadała się cudnie, ale bez łódki mogła nas przyprawić o żylaki na płacie czołowym. A jak tu zbudować łódkę bez desek, gwoździ, narzędzi i bez tego niezbędnego do wykonania czegokolwiek elementu: bez dziadka? Potrzeba było wtedy czegoś nazywanego przebłyskiem geniuszu (ja to nazywam myśleniem abstrakcyjnym, ale co tam) i spojrzeniem na zaistniały problem w sposób, w jaki generalnie mój rudy mózg postrzega rzeczywistość. Spojrzenia z innej perspektywy, a raczej z drugiej strony. Ze strony Alicji, która już przeszła przez lusterko i obserwuje podszewkę świata. Po krótkiej więc naradzie z gronem sprawdzonych, podwórkowych kompanów, wyprawie do ogrodu w celu pozyskania wymaganego sprzętu oraz godzinie wytężonej pracy siedzieliśmy wszyscy w naszym pirackim szkunerze (nazwy nie pomnę, wybaczcie) i gałęziami gruszkowymi (ociosanymi na prawie kształt wioseł) cięliśmy falującą taflę wzburzonego morza lub oceanu (tu zgodności nie było). Maszt mieliśmy i banderę z czaszką i piszczelami, i imiona, co w portowych tawernach budziły grozę oraz drżenie ud alabastrowych. A to wszystko w… dziurze wykopanej w ziemi naszego podwórka. Dziurze o kształcie łódki, który nietrudno uzyskać w miarę zbitym podłożu przecież. Perspektywa i wyobraźnia, co to ważniejsza ponoć jest od wiedzy. I to właśnie sprowadza mnie do, oczywistego po takim wstępie, tematu mych rozważań. Czyli do młodzieży.

Październik to miesiąc, w którym karczmarze zacierają spracowane dłonie, bo do ośrodków uniwersyteckich oraz do miast takich jak nasze również, wracają lub przybywają po raz pierwszy studenci. Podstawówki, nieszczęśnie porodzone gimnazja oraz licea o profilu jakimś tam oraz te niewyprofilowane w zakręty dla przyszłych orłów palestry czy mistrzów w nacinaniu tkanek wszelakich buzują już od miesiąca aktywnością, by pod koniec roku wypluć z siebie zastępy absolwentów, którzy ruszą na podbój Ziemi uzbrojeni w… w… no… tę… jak jej tam… aaa, już wiem: zdolność bardzo szybkiego levelowania (dla ludzi w moim wieku: przechodzenia na kolejne poziomy doświadczenia) w Diablo 3 (gra taka na te maszyny, co to się ich do pracy używa). I w nic więcej z tego co, dostrzegam na ulicach naszego grodu nad Brdą i Wisłą. Wzrokiem obserwując i uszami dźwięki chłonąc, stwierdzam z przerażeniem, że gawiedź kilkunastoletnia nam durnieje w tempie multiplikowania się programów (przepraszam – formatów) telewizyjnych z serii „Mam Talent Do Jeżdżenia Po Lodzie Z Serem Limburskim Między Coraz Grubszymi Udami”. Papka, którą udaje im się jeszcze jako tako przeżuć umysłem musi być już chyba zhomogenizowana do poziomu kisielu, który niełatwo jest potem przerobić na fałdy z przodu mózgu. I proceder ten przewidziany oczywiście przez mistrza Lema oraz jemu podobnych myślicieli nie jest mi co prawda zaskoczeniem, ale powoduje, że czasami ludzie sięgają przy mnie po telefony i wystukują 112, bo spazmatycznie się trzęsę na ulicy. Czasami nawet ze śmiechu.

Celowo nie napisałem, że uszami chłonę „rozmowy”. W moim zakątku wszechświata wymiana informacji na tym poziomie i przy pomocy takich środków nie kwalifikuje owych pochrząkiwań do kategorii konwersacji. To już jednak problem żywości języka i zbliżania się młodzieżowego slangu do tego, który może niektórzy wzrokiem i intelektem pieścić mieli przyjemność na stronach Mechanicznej Pomarańczy. Tu akurat rozumiem i wzdrygiwanie się na karb składam starczego już wieku. Nadal ich pojmuję i nadążam za akronimami. Jednak tematy i niektóre linijki, wysublimowane z natłoku paplaniny o tym, kto zginął pod kartonami, komu cycki wyskoczyły z sukienki na rozdaniu nagród przyznawanych przez płatne smsy, a z kim jeszcze nie bawiła się w odkurzacz marki Zelmer Angelika z 3E (mowa o poziomie srimnazjalnym) doprowadzają mnie czasami do rzeczonej trzęsiawki uliczno-komunikacyjnej. (BTW J, gdybyście mnie kiedyś w takim stanie zobaczyli na ulicy – nie ratujcie. Z reguły sam dochodzę do siebie po 100 gramach doustnie). Przykłady? Proszę bardzo. Miejsce akcji: tramwaj linii 6 (jak już kiedyś pisałem – moja ulubiona knajpa). Osoby dramatu: dwie dziewczynki w weku przedpoborowym (każda ubrana tak, że niestety nasuwa się skojarzenie niezbyt pozytywne, bo skojarzenie z ubóstwem. Więcej materiału niż te panny miały na sobie zużywa się na chusteczkę do nosa. W Chinach.). Konwersacja przy przeszukiwaniu torebki mającemu na celu znalezienie wk…….ej wszystkich pasażerów swym dyskotekowym jazgotem komórki: Ej, co tam masz?! (kwestia wypluta przez koleżankę właścicielki rzeczonego telefonu), odpowiedź: K..wa, książkę tej. Przypadkowo z biblioteki wzięłam. Spazmy, skurcze, krew podpływająca do twarzy w tempie składu TGV, ogólna ochota na popełnienie samobójstwa poprzez długotrwałe obcowanie z prozą Prousta. Przykład drugi? Ależ voila: Miejsce akcji: przystanek na rozjeździe przy Szarych Szeregów. Osoby dramatu: młodzian i dziewoja (chyba, subkultura Emo sprawia, że nie można przesadzać z alkoholem na imprezach, bo może to zaowocować niebrzemiennymi, dosłownie i w przenośni, w skutki wychowawcze, aczkolwiek bogatymi w rozdygotanie estetyczne następstwami) obydwoje/waj/wie w wieku licealnym. Konwersacja (z elementami choreografii pod tytułem „zlepmy się w pocie i czerni naszej w jedność"): Zaje..łem się w tobie w ch…! – odpowiedź: No, w ch…, tej!. Reakcja człowieka, który używa znaków przestankowych w smsach? Bieg, błądzący za najbliższą fontanną wzrok, z braku takowej sklep i 100 gram doustnie. Przechodzi. Jeszcze.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Od kinematografii młodzieżowej, co to kiedyś pytania ważne i głębokie zadawała, a teraz traktuje o nastoletnich gadach wyzyskujących otoczenie do granic możliwości w sobie tylko znanych, sadystyczno-hedonistycznych celach. Poprzez muzykę tworzoną nie z potrzeby serca, ale z parcia na szklany ekran, który nomen omen coraz bardziej płaski się staje i z chęci zagłębienia się w blichtrze, hajsie i rzeszach wypacykowanych gadających głów. Po edukację, która nie daje sobie rady z falą przemocy i nastawienia na sukces dzieci w wieku lat sześciu (sic!), nie daje sobie rady z grupką młodzieży uzbrojonej w plastikowy kubeł na śmieci, nie daje sobie rady z faktem, że rodzice są wysysani w korporacyjnej pracy jak bateryjki i nie mają czasu na przekazanie dzieciom ciepła i chociażby jakichś wartości czyniących z nas ludzi. Nie daje rady. Kiedy ja chodziłem do szkoły, to nikt by tego kibla nauczycielowi na głowę nie wsadził, bo nauczyciel miał szacunek i prowadził zajęcia tak, jakby jeszcze mu się chciało. Uogólniam, ale czasami tak trzeba.

Spędziłem czas jakiś temu dwie godziny, grając w piłkę z gimnazjalistami. Regularne dwa mecze (zmiana składów po godzinie, jak na podwórku przystało), bez ochraniaczy, na betonie, bez odpuszczania sobie skrajnego wysiłku. Młodzież padła po godzinie – ja dotrwałem do końca. Gdzieś pod koniec pojawili się rodzice. Różni. Jeden z pomocników drużyny przeciwnej uciekł widząc swojego ojca. Bo ten był pijany i agresywny. Dwóch chłopaków podeszło do mnie z mamami i w elokwentny sposób podziękowało mi za grę i czas spędzony wcześniej na graniu w planszówki. Okazało się, że grałem z członkami kółka szachowego. Mamy nie przyjechały Mercedesami i wokół nie pachniało prywatną edukacją za grube tysiące miesięcznie. Po prostu znajdowały czas dla swoich dzieci. Czyli można.

Dajcie dziecku grę komputerową i będziecie wiedzieć, co będzie robić. Dziecko jest wtedy kontrolowalne, a my mamy czas na kolejny raport i tabelki. Dajcie dziecku patyk i podwórko, a ograniczać go będzie jedynie jego wyobraźnia. Po powrocie z pracy możecie zastać kosmodrom. Albo dżunglę. Albo przemierzający wzburzone morze piracki szkuner. To, że mamy taką młodzież, to przede wszystkim wina nie Internetu i telewizji. To przede wszystkim nasza wina. Uogólniam. Czasami trzeba.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start