Świadek tamtego Cudu

Rok 1920; polscy żołnierze w okopach Rok 1920; polscy żołnierze w okopach fot. z archiwum autora

I cud ów stał się!
Pamiętamy go wszyscy. Nieprzyjaciel stał już 15 kilometrów od mostów warszawskich, na polach pomiędzy Jabłonną a Radzyminem. Parł naprzód w niepowstrzymanym, zdawało się, pędzie. I oto w tym właśnie dniu 15 sierpnia 1920, u wrót Warszawy, u brzegów naszej Wisły, jakby za wyraźną sprawą Wszechmocnego, odwraca się karta wojny!

„Armia bolszewicka, dufna w swoje dotychczasowe zwycięstwa, upojona powodzeniem, jakie jej towarzyszyło przez setkę mil od brzegów Dźwiny, Berezyny i Kijowa, tutaj naraz zmuszona jest stanąć na miejscu, a potem, mimo rozpaczliwego oporu, mimo swej przewagi liczebnej – zaczyna się cofać. Po kilku dniach to już nie odwrót: to ucieczka, popłoch, katastrofa!” – Te słowa mogą brzmieć jak dość kwieciście zbudowany najkrótszy z możliwych opisów wojny polsko–bolszewickiej 1920 roku, stylizowana notatka z podręcznika historii. Ale nie jest współczesne streszczenie kampanii; to słowa naocznego świadka wydarzeń.
Pisarz, teatrolog, krytyk – Adam Grzymała-Siedlecki, wydając w 1921 roku książkę „Cud Wisły”, mógł rzeczywiście śmiało stwierdzić: „wszyscy go pamiętamy”. Jednak sam tomik korespondencji wojennych autora, związanego przez wiele lat z Bydgoszczą, popadł na lata w pewne zapomnienie.

Gdy literat szedł na boje…
Kto chciałby dotknąć historycznych względnie reprintowanych egzemplarzy „Cudu” powinien poszukać w bibliotekach, czy zajrzeć do dawnej bydgoskiej pracowni pisarza przy ul. Libelta 5, gdzie dziś funkcjonuje Izba Pamięci. Książka przez długi czas była rarytasem. Dopiero niedawne wznowienie „wspomnień korespondenta wojennego z 1920 roku” przywraca pamięć o teatrologu i beletryście, który na zew obowiązku stawił się do służby literacko-wojskowej, podobnie jak w owym czasie uczynili choćby Stefan Żeromski, Eugeniusz Małaczewski, Emil Zegadłowicz, Edward Ligocki… Stanisław Rembek, autor przejmującej powieści „W polu”, po prostu walczył w okopach, pracując karabinem, bagnetem, a dopiero potem stalówką pióra.
Grzymała-Siedlecki w dniach polsko-rosyjskich walk przebywał m.in. we Lwowie, nad Zbruczem, w Warszawie, Płocku, na zniszczonym Podolu oraz był świadkiem trudnych narodzin tak zwanej Litwy Środkowej. Pozostawił szkice miejscami nieco rozwlekłe, egzaltowane czy staroświeckie w formie, ale na pewno osobiście autentyczne i interesujące. To opis polskich zrywów i nadziei, bohaterstwa, ale również lęków, umęczenia, tragedii. Warto przeczytać.

Jak to na wojence dla cierpliwych ładnie
Grzymała nie tylko patrzy na wojnę. Mocno wpatruje się też w samego siebie, bez wątpienia do pewnego stopnia radując się wojenną przygodą, choć jako dorosły już mężczyzna doskonale wie, że kule ranią i zabijają. Nie zawsze jest to natomiast jasne dla  młodziutkich żołnierzy – ochotników, których wędrowiec – korespondent co rusz spotyka i których szaleńczą odwagą i beztroską zachwyca się szczerze.
Są miejsca, gdy autor wyraźnie daje się porwać wojence oraz swemu nowemu, prasowemu fachowi. – Kto może być korespondentem wojennym? – zapytuje. I z egzaltacją odpowiada: – „[…] jeśli kto nie ma w sobie już nic z czteroletniego zdobywcy świata, który zatracił w sobie ochotę do widzenia coraz to nowej kępki niezapominajek, kto już nie czuje radości na widok każdej drogi, koleiny, krza, kosa, rzepaku i żyta, albo też kto zamiast tych cudów nie umie sobie podstawić nowych: człowieka i życia, komu już czas się dłuży, kto by nie szedł w wędrówce ciągle naprzód, dopóki go rozsądek nie przyłapie i nie sprowadzi do domu – ten nie może być korespondentem wojennym.
Trzeba więc wszystkiego się domyślać, chwytać półsłówka, rozumieć monosylaby. I trzeba być cierpliwym! Trzeba nieraz jechać kilkadziesiąt godzin tam, dokąd pociąg kurierski zawozi pasażera w czasie pokoju za 4-6 godzin. Trzeba czekać na nędznych stacyjkach po pół doby, przesiadywać w kantynach dusznych jak czyściec, trzeba umieć się rozentuzjazmować wieścią, że pociągu dziś co prawda nie będzie, ale o godzinie 2 w nocy pójdzie lokomotywa albo eszelon z końmi kawaleryjskimi. Więc hajda między konie!”
Nam zaś, współczesnym, trzeba nie przerażać się swoistą autopromocją pisarza, a śmiało ruszać na poszukiwanie wojennych epizodów i kilku naprawdę ciekawych obserwacji zawartych na kartach „Cudu Wisły”. Hajda więc między stronice!

Antychryst Budionny
Dysputa nad „cudownym” wymiarem polskiego zwycięstwa w 1920 roku przypomina odwieczny ranking świąt, w którym Boże Narodzenie wymienia się miejscem na podium z Wielkanocą.
Był cud czy go nie było? Grzymała obiektywnie z jednej strony przytacza felietonową genezę owego wyrażenia, tytułu kampanii, zaproponowanego przez Stanisława Strońskiego, z drugiej strony zaś – przy całej świadomości wysiłku organizacyjnego i bitewnego armii wraz z zapleczem – szuka w wojnie pierwiastka metafizycznego, „ponadtechnicznego”
Z wielu miejsc bije głęboki podziw autora dla generała Józefa Hallera, który podobnie jak Grzymała widział wokół nie tylko zmagania dywizji i batalionów, burzę ognia i stali, ale również wielki test dla ducha poszczególnych ludzi i całych narodów. Siedlecki sporo uwagi poświęca kapelanowi Skorupce, arcybiskupowi Lwowa ks. Bilczewskiemu… Fascynuje też autora wiara ludzi prostych – katolików, unitów, prawosławnych. W wojującym ateizmie bolszewików Grzymała widzi szczególnie niszczycielską siłę, ale również ziarno ich niepewności i zmieszania, gdy dochodzi do konfrontacji z obrońcami uparcie wierzącymi w celowość wściekłej walki i bez rozpaczy ponoszącymi ofiary. Dla Grzymały to cud, cud naprędce sklejonej z trzech zaborów Polski.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start