Zbliżają konkrety, a nie puste hasła

Dotychczas w naszej dyskusji na temat wad i zalet współpracy bydgosko-toruńskiej udział wzięli m.in. Tomasz Cebo, współwłaściciel klubu NRD, Grzegorz Giedrys, dziennikarz kulturalny toruńskiej „Gazety Wyborczej” czy artyści Zbigniew Zieliński i Elżbieta Jabłońska. Przyszedł czas, aby głos zabrał ponownie reprezentant bydgoskiego dziennikarstwa. W tym numerze o opinię poprosiliśmy zastępcę redaktora naczelnego bydgoskiej „Gazety Wyborczej” Andrzeja Tyczyno.

Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie związane z Toruniem?
Złe. Pojechałem z kolegami z liceum na mecz żużlowy do Torunia.

Wiadomo, derby – Apator kontra Polonia. Później poszwendaliśmy się po mieście i wracaliśmy na dworzec mostem. Tam złapała nas grupa szalikowców. Możliwości ucieczki nie było. Nawet nie pobili, ale ukradli mi 2000 starych złotych, banknot z Bolesławem Chrobrym, który miałem schowane w legitymacji szkolnej. O dziwo, później ktoś mi przesłał tę legitymację. Wcześniej były jakieś wycieczki szkolne, ale ich dokładnie nie pamiętam. A ten incydent po meczu nie miał wpływu na mój stosunek do Torunia. Później przecież tam studiowałem, miałem znajomych, z którymi imprezowałem.

Jakie wtedy były relacje między Toruniem a Bydgoszczą?
Kiedyś – mówimy o początku lat 90. – te dwa miasta po prostu obok siebie żyły. W starym podziale administracyjnym było 49 województw i jedno drugiemu nie przeszkadzało. Oczywiście były jakieś animozje, napięcia, nie tylko na meczach żużlowych. Ale nie na taką skalę, jak teraz. Dla młodych bydgoszczan Toruń był jakąś alternatywą, gdy chcieli studiować blisko domu. UMK stał w hierarchii znacznie wyżej od naszych szkół wyższych, które nie miały rangi uniwersytetów. Poza tym oferował modne kierunki – prawo czy ekonomię, o których w Bydgoszczy można było tylko pomarzyć. Sam studiowałem zarządzanie i marketing. Tak jest zresztą do dzisiaj – ludzie stąd studiują i pracują tam i na odwrót, tylko ta przepaść między uczelniami się zmniejszyła. Siłą rzeczy, jeśli te dwa miasta leżą dosyć blisko siebie, to takie wzajemne relacje zachodzą. Natomiast dla przeciętnego mieszkańca Bydgoszczy, który nie studiuje i nie pracuje w Toruniu to miasto jest mu obce. Ile razy byłeś w tym roku w Toruniu?

Raz.
Ja też raz, na koncercie Myslovitz. Co byśmy nie zrobili, to Toruń leży jednak za daleko, byśmy traktowali go tak samo jak centrum Bydgoszczy. Jasne, wycieczki szkolne tam jeżdżą i jeździć będą. Toruń przez to, że jest większy od takiego Inowrocławia, generuje więcej atrakcji, ale nie na tyle, by przeciętny bydgoszczanin wsiadał w pociąg czy samochód i często tam jeździł. Choć teraz mamy wspólne województwo, oba miasta nie zbliżają się do siebie. Wisła jest naturalną granicą, za którą Fordon nie będzie się rozwijał, Toruń z tej strony ma m.in. oczyszczalnię ścieków i uczelnię o. Rydzyka. Rozdzielające kilometry zawsze będą takie same, a mieszkańcy obu miast zawsze będą mieli do siebie daleko. Modernizacja linii kolejowej w ramach projektu BiT City – akurat inwestycja, na której zyskają oba miasta – niewiele tu zmieni. Podejrzewam, że poza studentami i osobami pracującymi u sąsiadów, większość bydgoszczan ucieszy się bardziej z krótszej podróży do Warszawy.

Przeszliśmy do teraźniejszości. Jak oceniasz relacje między Toruniem a Bydgoszczą obecnie?
Źle. Podział administracyjny z 1999 r. nasilił konflikty. Sprawa jest prosta – staliśmy się konkurentami. Walczymy ze sobą choćby o unijne pieniądze, które wpływają na rozwój miast. Dwustołeczność wpływa na marginalizację Bydgoszczy. Moim zdaniem była błędem, zgniłym kompromisem. Powie ktoś, że trzeba było zrobić coś z tak dużym miastem jak Toruń. A kto przejął się jeszcze większą Częstochową? Została włączona do województwa śląskiego i już. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby to u nas mieścił się Urząd Marszałkowski. Niestety, nasze „elity” nie były na tyle przewidujące, by walczyć o ten urząd. Skończyło się tak, że ośrodek mniejszy dostał większą władzę. Marszałek może mówić, że troszczy się o cały region, ale okłamuje sam siebie. Przecież żyje tam, chodzi tamtymi ulicami, to naturalne, że tamta koszula jest bliższa jego ciału. Guzik go obchodzi, jak będzie wyglądał Stary Rynek, za to w dyskusji o pl. Rapackiego bierze udział. Niestety, układ sił jest taki, że na marszałka z Bydgoszczy liczyć nie możemy. Toruńscy politycy są skuteczniejsi od naszych, ich głos w Warszawie jest lepiej słyszalny. Bydgoszcz nie ma dostępu do sieci nowoczesnych dróg. S5 to ciągle kreska na mapie. Teoretycznie marszałek – choć sprawa nie leży w jego gestii – powinien uważać dobry dojazd do największego miasta w regionie za absolutny priorytet i wspierać tę ideę ze wszystkich sił. No, ale Toruń przecież ma już autostradę… Denerwują mnie głosy, że to jest konflikt na poziomie stadionów żużlowych. To nie jest prawda. Istnieje konflikt interesów. Widzą go ludzie świadomi, bo rzeczywiście, jeśli ktoś nie interesuje się swoim miastem na różnych płaszczyznach, to relacja z Toruniem jest mu obojętna.

Naprawdę nie widzisz możliwości współpracy, jakichś wspólnych zamierzeń?
A ile my mamy tych wspólnych interesów? Lotnisko? Torunianie się na nie wypinają, bo „do Gdańska mają bliżej”. Nawet BiT City trochę pachnie ściemą. Część kolejowa OK. – skróci drogę między obydwoma miastami. Ale jakie znaczenie dla torunianina ma budowa linii tramwajowej do Fordonu? Albo dla nas inwestycje tramwajowe w Toruniu? Przykładem tych złych wzajemnych relacji jest spalarnia śmieci. Przecież to powinna być sztandarowa inwestycja dla tych, którzy są zwolennikami wspólnej metropolii. Słowo „metropolitalny” jest zresztą w jej nazwie. I jak wygląda to „wspólne” przedsięwzięcie? Najpierw poprzednie władze Bydgoszczy podpisały fatalną umowę z Toruniem, na mocy której m.in. będziemy współfinansować dowóz toruńskich śmieci. A to nie jedyny niekorzystny zapis. Dzięki tej umowie Toruń może teraz może spać spokojnie, a my kopiemy się po kostkach, skaczemy sobie do gardeł, zastanawiając się, czy spalarnia jest nam potrzebna. Toruń nie ponosi za nią żadnej odpowiedzialności, choć przecież będzie z niej korzystać. Jeśli – odpukać – coś poszłoby nie tak i np. musielibyśmy zwrócić unijną dotację, to obciąży to tylko nasz budżet. Jeśli tak ma wyglądać współpraca, to ja dziękuję. Wkurza mnie właśnie to kopanie się po kostkach. Tak jest też w sprawie metropolii. Taki Lublin, miasto wielkości Bydgoszczy, nie musi się tym frasować – jest na liście metropolii i już. My, wskutek nieszczęśliwego sąsiedztwa, skazani jesteśmy na wieczne dyskusje. To zabiera nam energię.

A jak oceniasz instytucje kulturalne w obu miastach?
Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale akurat środowiska kulturalne się trochę wymieszały w taki naturalny sposób. Widać to było, gdy niektórzy bydgoszczanie czynnie włączyli się w starania Torunia o ESK, gdy Bydgoszcz do tego wyścigu nie zamierzała stawać. Kiedy zmieniliśmy zdanie, do czego mieliśmy prawo, skomplikowaliśmy życie sąsiadom. A w dziedzinie kultury każde miasto ma mocniejsze i słabsze strony. Toruń przewyższa nas na pewno w tzw. kulturze studenckiej. Wynika to z faktu, że tam akademiki są bardziej skupione w kampusie przy ul. Gagarina, u nas rozproszone. Kluby studenckie z Od Nową na czele działają przez to prężniej. W wymiarze praktycznym oznacza to większą liczbę koncertów. Zauważ, że u nas te odbywają się głownie w Estradzie i Mózgu, czyli klubach niestudenckich. Ale w innych dziedzinach naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Mamy filharmonię, operę, teatr zbierający świetne recenzje. Zresztą, tu naprawdę nie ma sensu porównywać tego potencjału. Oba miasta mogą zbliżyć głównie takie wydarzenia, które będą atrakcyjne dla sąsiadów. Jeśli, dajmy na to, w Bydgoszczy odbyłby się koncert Bruce’a Springsteena, to przecież fani rocka z Torunia ucieszyliby, że nie muszą jechać do takiego Chorzowa. Uważam, że zbliżają konkrety, a nie puste hasła.

Gdybyś miał wybór Toruń a Bydgoszcz, to nadal zostałbyś w Bydgoszczy?
Co za pytanie – jasne! Kocham to miasto. Tu się urodziłem, tu pewnie umrę. Przy wszystkich naszych wadach to fajne miejsce do życia, zwłaszcza dla ludzi, którzy aktywnie spędzają czas. Mamy mnóstwo terenów zielonych, rzekę i kanał, a wokół jeszcze lasy i jeziora. Ale jestem przekonany, że gdyby spytać dziesięciu bydgoszczan i torunian, to odsetek ludzi, którzy bardziej kochają swoje miasto byłby wyższy w Toruniu. To widać we wszystkich badaniach jakości życia, które są robione nie na podstawie obiektywnych czynników, ale na bazie odczuć mieszkańców. Z bydgoszczan wychodzi zazwyczaj malkontenctwo, a z torunian samouwielbienie. Tego lokalnego patriotyzmu, nawet jeśli zakrawa na szowinizm, trochę im zazdroszczę. Potrafią mówić jednym głosem w sprawach dla nich ważnych, jak teraz metropolia. My, niestety, nie. Nie potrafimy wspólnie powiedzieć, czego chcemy, czy np. walczymy o metropolię bydgoską bez Torunia, czy chcemy metropolię z Toruniem, bo możemy nie mieć żadnej. U nas nie ma jednomyślności wśród tzw. elit, na różnych szczeblach – politycznych, dziennikarskich itd. Torunianie wiedzą, jaki jest ich interes (sami metropolii nie mogą zbudować, więc wolą dołączyć się do Bydgoszczy, by móc liczyć na ewentualne fundusze, które do metropolii będą płynąć) i potrafią do niego konsekwentnie dążyć. Bydgoszczanie natomiast nie umieją zdefiniować swojego interesu i to jest wina ludzi, którzy nami rządzą, bo silna pozycja Torunia wynika z tego, że ma silniejszych reprezentantów. Nie jest przypadkiem, że prezydent Torunia Michał Zaleski został wybrany na trzecią kadencję już w pierwszej turze. To świadczy o szacunku mieszkańców dla jego pracy. My takich przywódców nie mamy.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start