Dwa miasta, dwa kłopoty

1. Po co się robi raporty?
Raporty robi się po to, by mieć skuteczną diagnozę sytuacji, czyż nie? Skuteczna diagnoza sytuacji jest niezbędnym etapem tworzenia planów, strategii, reform, programów naprawczych i tak dalej, co tam komu jest akurat potrzebne. Diagnoza jednak jest skuteczna tylko wówczas, gdy pokazuje rzetelny obraz. Bo tylko dzięki rzetelnemu obrazowi, jaki z niej wynika, można stworzyć rozsądne i efektywne plany, strategie, reformy, programy naprawcze i tak dalej, co tam jest akurat komu potrzebne. No właśnie, a co jest potrzebne Toruniowi, że zdecydował się zlecić sporządzenie raportu o stanie kultury w mieście?
Na to pytanie odpowiem na końcu; wiem, po co powinien powstać taki raport i domyślam się, po co akurat Toruń zlecił przeprowadzenie tej diagnozy. Domyślam się nie na podstawie mojego widzimisię, ale właśnie na podstawie raportu (i szerokiego kontekstu). Najpierw więc o raporcie.


2. Toruń (nie)obywatelski
Raport budzi podejrzenia co do swojej rzetelności i metodologii prowadzenia badań, śmieszy doborem miast do analizy tła (zarówno bliższego, jak i dalszego), obezwładnia wątpliwą przenikliwością niektórych diagnoz1. Najbardziej jednak zadziwia tym, że przedstawia Toruń jako kulturalne mocarstwo. Mocarstwowość Torunia poświadczają w tym raporcie liczby, które potrafią kłamać jak mało kto. Liczby nie mówią o wielkości poszczególnych instytucji kultury (w takim szerszym, socjologicznym rozumieniu tego słowa) ani o ich ogólnopolskim prestiżu. Liczby mówią najwięcej o samych sobie; kto tego nie wie, będzie błądził tak pokazowo, jak autorzy tego raportu2.
A przede wszystkim liczby nie mówią niczego na temat stanu społeczeństwa obywatelskiego w Toruniu. Raport poświęca temu (w swojej warstwie postulatywnej) sporo miejsca. Może to świadczyć o tym, że autorzy raportu dostrzegają stan rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, stopień partycypacji w zakresie decyzji w obszarze kultury, a także stan demokracji kulturowej Torunia. Mało tego: że dostrzegają, iż stan jest daleki od zadowalającego, skoro pierwsze trzy cele operacyjne strategii (zawarte w raporcie jako zalecenia do niej) mówią o: wspomaganiu kooperacji i komunikacji, poprawie mechanizmów partcypacyjnych i wzmocnieniu wpływu obywateli na życie społeczne oraz usprawnieniu procesów komunikacji społecznej.
Co więcej, konsultacje społeczne (w tym przypadku trzeba je poprzedzić sformułowaniem „tak zwane”), a dokładniej tryb, w jakim je się przeprowadza, zdają się potwierdzać tezę o niedostatkach w tych dziedzinach.
Co dziwne, choć autorzy raportu zdają sobie z tych niedostatków sprawę, to zgadzają się na tryb konsultacji, który nie tylko nie sprzyja rozwojowi mechanizmów partycypacyjnych oraz usprawnieniu komunikacji społecznej, nie tylko konserwuje stan obecny, ale jeszcze cofa go, deprecjonuje ideę, degeneruje już na samym początku mechanizmy. I, co najsmutniejsze, przynosi wstyd Małopolskiemu Instytutowi Samorządu Terytorialnego i Administracji. Bowiem MISTiA popełnia grzech największy z możliwych: tworząc raport, zdecydowała się na pracę na rzecz władzy, a nie na rzecz miasta i jego mieszkańców3.


3. Problem sąsiedzki
Raport podkreśla konieczność współpracy regionalnej czy dokładniej: współpracy z Bydgoszczą: „Ponadto w tym kontekście warto zadbać o współprace regionalną z innym ważnym ośrodkiem kulturalnym w województwie, jakim jest Bydgoszcz. Wspólne działania w zakresie rozwoju kulturalnego powinny zapewnić tym miastom przewagę konkurencyjną nad innymi dużymi ośrodkami w Polsce”. Wyprzedzając nieco fakty, powiem, że mimo takich wniosków raportu opracowana strategia nie zwraca na nie uwagi (wyprzedzam nieco opowieść, bo strategią zajmę się za miesiąc, ale już powiem: w strategii słowo Bydgoszcz pojawia się bodaj trzy razy – za każdym razem tylko w nazwach oddziałów instytucji państwowych i nazw instytucji wojewódzkich).
Bydgoszcz i Toruń powinny synchronizować swoje programy kulturalne, powinny współpracować także długoterminowo, a to oznacza, że powinny poruszać się we wspólnym systemie (systemie wartości, obejmującym przejrzystość procedur partycypacyjnych, udział obywateli w podejmowaniu decyzji, otwartość władz na zmiany, w ogóle – otwartość władz). Na razie jednak, co będzie wkrótce problemem dla poprawnych choćby stosunków pomiędzy obydwoma miastami planowanej metropolii, systemy kultury Bydgoszczy i Torunia bardzo się różnią. Wprost: różnią się za bardzo. Różnią się tak bardzo (i do tego, sądzę, drogi te coraz bardziej się rozchodzą), że współpraca – nie mówię o współpracy ludzi kultury, ale o współpracy instytucji – będzie niezwykle trudna. Na ten problem trzeba już teraz się przygotowywać.


4. Po co więc robi się raporty?
Otóż, jak napisałam wyżej, raporty robi się, by mieć porządną diagnozę sytuacji, którą można następnie wykorzystać do przeprowadzenia pożądanych zmian. To sytuacja wzorcowa. W tym przypadku obawiam się, że odpowiedź jest jednak o wiele prostsza i smutniejsza: raport robi się po to, żeby później na jego podstawie napisać strategię (ważne: żeby samemu ją napisać, a nie, żeby napisał ją kto inny). Pytanie więc, retoryczne, rzecz oczywista, jest takie: po co sobie utrudniać życie na poziomie raportu? Im bardziej raport uprościmy, im bardziej zawierzymy liczbom (z którymi przecież tak mało jest kłopotu, które są takie uległe), tym łatwiej później napisać strategię. Czyż nie?


1 Autorzy sadzą takie wstrząsające w swojej retorycznej mocarności kwiaty: „O charakterze Torunia jako miasta akademickiego w zasadniczy sposób świadczą studenci”. A kto, że zapytam, ma świadczyć: kucharze? złotnicy? kuśnierze?

2 Choćby to: w Toruniu w roku 2011 funkcjonowały według autorów raportu trzy teatry. Pomijając to, że nie mogę wpaść na to, dlaczego trzy: poza Horzycą i Bajem, co jeszcze liczą: Teatr Wiczy, Waszka, Zaczarowany Świat? dlaczego więc nie pięć?, to liczbowa przewaga Torunia nad Bydgoszczą choćby nie uwzględnia wielkości i prestiżu obu bydgoskich scen (domyślam się, że chodzi o Teatr Polski i o Operę Nova), nie mówiąc już o tym, że nie uwzględnia innych bydgoskich teatrów, które nie dysponują siedzibami. Jeśli toruńskie przewagi nad innymi kulturalnymi karłami w Polsce mają podobną podstawę, to jest gorzej niż myślałam.

3 Oto, jak toruńska „Gazeta Wyborcza” piórem Grzegorza Giedrysa relacjonowała przebieg konsultacji środowiskowych (w artykule Słowne przepychanki nad strategią toruńskiej kultury, tu, oczywiście, fragment): „Dawid Lipiński, doktorant z UMK, przeszedł do natarcia. Nie podobał mu się termin konsultacji, które kończą się 7 września, kiedy część studentów nie zdąży wrócić z wakacji. Zarzucił miastu, że mówi o wspieraniu kultury alternatywnej, a jednocześnie nie zamierza modernizować fortu B66, w którym miejsce dla siebie znalazłyby niezależne teatry i zespoły muzyczne. Zauważył, że strategia stawia na kreatywny rozwój instytucji, a jednocześnie aż 30 proc. całego budżetu na kulturę pochłaniają muzea. Dokument poza tym jedynie zdawkowo wspomina o współpracy z Bydgoszczą. Zbigniew Derkowski zaznaczył, że termin konsultacji wynika z umowy między miastem a autorami strategii”. Pokazuje to, kto dyktuje tu warunki i kto ustala korzystne dla siebie terminy.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Wrzesień 2012 Dwa miasta, dwa kłopoty