Broić razem! ToBy mi się marzyło

Kolejny odcinek naszego cyklu opisującego problemy współpracy bydgosko-toruńskiej, jej zalety i wady, jej istniejące już formy, a wszystko to przedstawiamy własnymi słowami ludzi, którzy trud takiej współpracy podejmują, stąd powyższe kwestie znają bardzo dobrze.

Wracam z Bydgoszczy do Torunia. Kończy się weekend. Idzie wiosna. Nie widzę jak idzie, bo trzymam kierownicę, bo uważam na drogę, bo jadę. Może za szybko jadę. Może powinienem zwolnić, bo gdyby szła poboczem i uniosła kciuk to mógłbym wziąć ją na stopa. Ale nie wiem też skąd dokąd ona idzie? Z Bydgoszczy do Torunia, czy odwrotnie? I to nie ta astronomiczna, tylko dobrosąsiedzka, metropolitalna, kujawsko-pomorska wiosna. I czy w ogóle wyruszyła w drogę?

Z radia słyszę Waglewskiego, jak śpiewa:

Nabroiło się
Nabroiło się
Nieraz i źle
Nie myśleć o tym źle

Rzeczywiście w historii kontaktów pomiędzy naszymi miastami nieźle się nabroiło. I to od średniowiecza. Z jednej strony głód i pomór, z drugiej strony religijni fanatycy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Jedno miasto Zakonu Krzyżackiego, drugie miasto Królestwa Polskiego. Jedno miasto kwitnie, drugie podupada. I tak na zmianę, kibicując sobie w klęskach. A do tego polityczne knowania i odwieczne spory o władzę w regionie. Które z grodów ma przewodzić, które korzystać na handlu z Gdańskiem. Nawet drugi pokój z Krzyżakami, podpisany w toruńskim Dworze Artusa nie pomógł i to, że obydwa miasta zaczęły funkcjonować w jednym państwie nie złagodziło konfliktów. Rywalizacja trwała nadal – czy to podczas rozbiorów, czy po odzyskaniu niepodległości, kiedy to sam Jan Kiepura powiedział: w tym Toruniu nigdy nie zaśpiewam, czy po II wojnie światowej. Podczas reformy samorządowej, w 1998 roku, Toruń dzięki głosom niektórych parlamentarzystów znowu tęsknym wzrokiem spoglądał w kierunku Gdańska i wspólnemu z nim województwu pomorskiemu. A dziś, gdy obydwa miasta, od 14 lat, są stolicami województwa kujawsko-pomorskiego, padają hasła w Bydgoszczy o utworzeniu metropolii właśnie bydgoskiej bez udziału Torunia. A wystarczy wspomnieć osobne i nieudane starty obydwu miast do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, by mieć obraz naszych animozji prawie kompletny. Prawie, bo są jeszcze stadiony żużlowe, gdzie panowie jeżdżą w kółko, a fani w drugie kółko obrzucają się: „tyfusami, krzyżakami” i gorszym błotem.

Nadal jadę, jestem w połowie drogi z Bydgoszczy do Torunia. Mijam Złą Wieś Wielką i zwalniam, bo światłami dostałem, bo suszą Miśki. Zdążyłem. Przyglądam się mundurowym i przypominam sobie, że bywało ich tu więcej, jeszcze nie tak dawno, gdy biegłem tędy w Maratonie Metropolii. Maratonie, którego meta i start były naprzemiennie, jednego roku w Toruniu, drugiego w Bydgoszczy. Więcej już nie pobiegnę. Nie dlatego, że zapał straciłem lub kondycję, ale że od teraz mają być dwa odrębne biegi. Jeden toruński, drugi bydgoski. Każdy poprowadzony ulicami własnego miasta. Może to i dobrze, że dwa duże biegi będą w regionie, choć lubiłem tę prostą trasę Metropolii, a jak spojrzałem na mapę maratonu toruńskiego, to zakręciło mi się w głowie od tych pętli i pętelek.

Jednego roku wziąłem udział w nocnym maratonie kanału bydgoskiego. Świetny wynik wykręciłem jak na mnie, rekord życiowy, lecz wracając z trasy biegu o drugiej nad ranem, szczęśliwy, z medalem na szyi, pełen endorfin, szczęście raptem straciłem, widząc rozbitą szybę w samochodzie. Podobnie zresztą jak dwóch innych kolegów na toruńskich rejestracjach. A w drodze powrotnej, na Fordońskiej, drogówka mnie zatrzymała, że stanowię zagrożenie, że mam wysiąść i zabezpieczyć szybę. A ja im, że czy nie widzą jak ja wyglądam, że mam strój do biegania na sobie i numer startowy i medal na piersi, co go zdjąć zapomniałem i że chciałbym odpocząć, wyspać się, bo jest noc a ja 42 kilometry mam w nogach, nie licząc 195 metrów. I szlak mnie trafia na tych co pod KS Gwiazda szybę mi wytłukli. Niech bandytów łapią, a nie poszkodowanych. Puścili.

Mijam Galerię Plaza. Przypominam sobie czasy jak był tu stary stadion żużlowy. Miałem szesnaście lat i wracałem z derbów Apatora z Polonią. Nie pamiętam, kto wtedy przegrał, ale ja nie wygrałem. Dopadli mnie kibole z Apatora i pytają komu kibicowałem. Ja tłumaczę, że toruńskiej drużynie i pot mnie oblewa, bo z Torunia nie jestem, tu tylko chodzę do średniej szkoły. Pot ten mój widzą albo zmieszanie, bo legitymację szkolną chcą ode mnie. Ja do worka marynarskiego sięgam z książkami i piórnik im pokazuję popisany w Apatory, a oni nie do końca wierzą, legitymację wołają. Rozglądam się, ich dziesięciu, ja sam, nikt wokół nie widzi lub nie chce zauważać, że mam kłopoty. Sięgam i drżącą ręką papier podaję, a tam jak wół stoi, że w bydgoskim mieszkam. Ja im imiona toruńskich zawodników z pamięci recytuję i ich osiągnięcia, oni mi klękać każą i flagę klubu całować. Całuję, po łbie mnie jeszcze walą. Niezbyt mocno na szczęście. Będę żyć, będę tu za jakiś czas na stałe mieszkać.

Nabroiło się
Nabroiło się
Nieraz i źle
Nie myśleć o tym źle

– Nazywam się Wojciechem Waglewskim – przedstawił się lider Voo Voo na marcowym koncercie w Dworze Artusa – i wraz z zespołem i kwartetem smyczkowym będę grać dla was muzykę młodzieżową. Przy bębnach zasiądzie Michał Bryndal z Torunia. Duże oklaski, zwłaszcza że przyjechała jego rodzina z Bydgoszczy – zażartował.

Oczywiście aplauz, śmiech na Wielkiej Sali, uznanie dla dowcipu. I tak bywa dość często, że artyści ze sceny i poza nią drwią sobie z naszych animozji. A prawda jest taka, że – czy to zawodowo, czy rodzinnie – wielu z nas funkcjonuje zarówno w Bydgoszczy, jak i w Toruniu. I na co dzień mamy gdzieś to, co nam wmawiają prowincjonalni patrioci, politycy, kibice. Robimy swoje.

Mam kontakt ze środowiskiem uniwersyteckim zarówno Torunia, jak i Bydgoszczy. Współpracuję z socjologami z UMKprof. Szlendakiem, dr Olechnickim. Panowie doradzają, prowadzą badania nad ewaluacją zmian – wizerunkowej i programowej – kierowanej przeze mnie instytucji. Jest to potrzebne, ponieważ budżet Dworu Artusa wypracowywany jest w 80% z przychodów własnych, a tylko 20% stanowi dotacja miejska. To jest wyzwanie, zwłaszcza w czasie kryzysu. Ale jak mówi kanclerz WSG, doc. Sikoranie bójcie się kryzysu, kryzys jest szansą, zwłaszcza dla młodych. Czuję się młodo, dlatego jako menedżer wsłuchuję się w słowa mgr Gruszki, która jako jedna z niewielu osób w Polsce zajmuje się naukowo kwestiami ekonomii w kulturze. A kultura może być dobrym biznesem i to nie tylko ta związana z przemysłami kultury. 

Zatrzymuję się na czerwonym. Przechodzą dwie staruszki, jedna promienna jak Betlejemska Gwiazda, druga już nie tak smukła jak bazia. Obie w moherowym nakryciu głowy. Czapki z głów! Bydgoszcz leży od Torunia o rzut beretem, a my zamiast pięknie się różnić i współpracować, to prowadzimy odwieczne spory o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. I odwrotnie. Kto komu da rózgę, a kto złapie zająca. A świat się globalizuje, duże sieci handlowe wypierają pojedyncze sklepy, korporacje rosną w siłę, zjednoczeni dominują i przejmują władzę, wielkie regiony pozyskują większe środki.

Dojechałem. Mieszkam w Toruniu, nota bene na Bydgoskim Przedmieściu. To wystarczający powód, by śpiewać sobie i sąsiadom:

Nabroiło się
A to jeszcze nie koniec
Jeszcze nie koniec
Nie to jeszcze nie koniec 


Marek Pijanowski – socjolog, menedżer kultury. Poetycko debiutował w Gazecie Wyborczej. Prozatorsko we wrocławskim magazynie Cegła. Współzałożyciel grupy "Poeci za kratkami”. Stypendysta Miasta Torunia w dziedzinie kultury. Finalista konkursu na opowiadanie w ramach IV. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Zainicjował Dwór Poetów i Pisarzy w toruńskim Centrum Kultury „Dwór Artusa”. Tam można go znaleźć. 


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start