zugzwang (57): Na Słupskich

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Książka Krzysztofa Derdowskiego Znikanie z roku 1987 przecina jego biogram na pół. W tym pierwszym rozdziale jego życia (pierwsze 30 lat), czyli do roku 1987, mamy do czynienia z uczniem, studentem, działaczem opozycji antykomunistycznej, autorem dwóch zbiorów wierszy i kilkudziesięciu recenzji. Derdowski wtedy jeszcze szukał swojej drogi życiowej, miotał się, raz mieszkał w Bydgoszczy, innym razem w Lublinie, wyjeżdżał na saksy, a po studiach na krótko został nawet nauczycielem języka polskiego. Wszystko to bardzo tymczasowe, typowe dla młodego człowieka, który jeszcze nie wie, co będzie w życiu robił, który może już zdobył pierwsze szlify, ale ciężko mu je przekuć w konkret, i dopiero ta książka napisana dokładnie w połowie życia (co prawda, wydana kilka lat później, bo w 1993) jest pierwszym sygnałem, że odnalazł właściwą drogę. Ci, którzy go znali, wiedzą, że Krzysztof grał na wielu bębenkach, był poetą, prozaikiem, dramatopisarzem, pisał więc wiersze, powieści, opowiadania, szkice, recenzje, dramaty, a nawet scenariusze, ale od czasu napisania pierwszej powieści najmocniej wciągnęła go proza. To prozaik „pełną gębą”. Wiersze zeszły na plan dalszy (choć tuż przed śmiercią kilka opublikował m.in. w „Filo-sofiji” i „Okolicy Poetów”), dramaty pisał sporadycznie, bez jakiejś większej nadziei na ich wystawienie. Owszem, był świetny w krytyce teatralnej, nie zawsze się z nim zgadzałem, ale podziwiałem warsztat i ten bardzo sugestywny – i co tu mówić – często ostry język. 

Chciałbym jednak powiedzieć kilka zdań o rzeczy mało znanej, a jednak ważnej – o miejscu zamieszkania, które na pewno miało wpływ na jego twórczość. Ci, co go w ostatnim czasie wspominali, mówili, że ulicą jego dzieciństwa była Olszewskiego. To prawda, na dzisiejszej Kordeckiego Krzysztof spędził dzieciństwo. Ale jego rodzice, Feliks i Teresa, jeszcze w latach 60. wybudowali dom na ulicy Słupskich. I tam właśnie rodzina Derdowskich mieszkała wiele kolejnych lat. Osiedle domów jednorodzinnych, tak zwane Jary, leży pomiędzy ulicami Nakielską i Stawową. Bardzo ciekawy teren, wart opisania, dość nierówny, z autentycznymi pagórkami i prawdziwymi jarami. Kto nigdy nie spacerował po ulicach Czerwonego Krzyża, Władysława IV, Jana Ostroroga, Macieja Orłowity, Jana Brzozogłowego, Słupskich, Księżycowej i innych, to szczerze mu taki spacer polecam.

Podejrzewam, że właśnie tam napisał debiutancką powieść Znikanie, albo chociaż fragmenty tej książki (na końcu książki poda, że napisał ją w Lublinie), ale jeśli nawet moje domysły idą zbyt daleko, to musiał pamiętać klimat tamtego miejsca: piaszczyste ulice, domki jednorodzinne, szczekające psy i wylegujące się na parapetach leniwe koty, trawniki, owocowe drzewka, ścieżki, bramki, dzwonki, podwórka, krzywe chodniki, werandy i wnętrza piętrowych domów, nasączone zapachem starych mebli. Trochę to wszystko inne niż kamienice na Olszewskiego. Mówił mi kiedyś, że na Jarach mieszkali Niemcy, liczna kolonia, i w książce pojawia się informacja o przesiedleńcach z Bawarii, którzy zamieszkali tam po zakończeniu I wojny światowej (ciekawe, bo według historyków Niemcy w tamtych latach raczej Bydgoszcz opuszczali, niż ją zasiedlali). Narrator o imieniu Krzysztof co kilka stron powtórzy: „Gdy wychodziłem z domu, nie wiedziałem jeszcze, że zaczyna się moja ucieczka, moje znikanie”.

I od napisania tych zdań minęło 30 lat, Derdowski jeszcze kilkukrotnie się wyprowadzał, napisał kilka ważnych dla naszego miasta książek, w których motyw znikania, czyli powolnego odchodzenia, pojawia się wielokrotnie.

I jestem ciekaw, czy tam, na ulicy Słupskich, po której często chodzę, czy mieszkańcy tej ulicy wiedzą, że kiedyś mieszkał tam znany pisarz? Pewnie tylko nieliczni.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start