Dziennik podróży w miejscu (7): Zbawca na białym koniu

Michał Tabaczyński Michał Tabaczyński

1.

Wizja, w której Łukasz Gajdzis na białym koniu wjeżdża do Bydgoszczy, żeby uratować teatr i – szczególnie już – Festiwal Prapremier, jest, rzecz zupełnie oczywista, bardzo urocza i nie mniej kusząca: tak urocza i tak kusząca, że chciałoby się ją zaakceptować, uwierzyć w nią i uznać za prawdziwą, nawet mimo oczywistych jej słabości. Wśród tych słabości największą jest bodaj jej znaczna niezgodność z rzeczywistością i nadmierna zgodność z zaproponowaną nam narracją.
Jeśli dyrektor Gajdzis zdecydował się zorganizować Festiwal Prapremier właśnie dlatego, żeby tę wizję urzeczywistnić lub uwiarygodnić, to trudno mu się dziwić – skoro dla mnie wizja ta jest urocza i kusząca, to jaka musi być dla jej bohatera!

Wizja wizją, nawet jeżeli kusząca, nie powinniśmy jednak na niej poprzestawać. Wolno chyba zajrzeć pod podszewkę wydarzeń, żeby ocenić to, co się w Bydgoszczy i jej teatrze dzieje i dziać jeszcze będzie. Otóż Prapremiery są dla nowej dyrekcji zbawiennym programem ratunkowym. Dlaczego teatr potrzebuje jakiegoś ratunkowego programu? Bo znalazł się w krytycznej sytuacji. Brak zespołu aktorskiego jest pewnie jednym z istotniejszych powodów tej sytuacji. Zapełnienie tej pustki festiwalem jest pomysłem dobrym, nawet bardzo dobrym: wrzesień, październik i niemal cały listopad mijają bez premier, za to z odkurzonym sprzed lat repertuarem, ale festiwal – w jakimś wymiarze – wynagradza te braki. 
Organizacja festiwalu pozwala też odróżnić się od poprzedników, którzy ogłosili, że festiwal się nie odbędzie (ergo: zawiesili go). Prapremiery nie/chciane takie bowiem otrzymują wytłumaczenie: to festiwal, którego nikt nie chciał, ani ministerstwo, ani poprzednia dyrekcja, a on nie jest własnością ani jednych, ani drugich – ja, mówi dyrektor Gajdzis, uratuję ten festiwal. Niekoniecznie jest to argumentacja uczciwa – oprawa graficzna festiwalu poprzez swoją wymowność także uczciwa nie jest (tyle dobrego, że jest ryzykowna: jedni zobaczą w tym kolorowe pędy wyrastające ze zgniłej cebulki, a inni po prostu buraka). Poprzednia dyrekcja włożyła dużo wysiłku w zmianę formuły festiwalu – zbyt dużo, by można jej zarzucać, że go nie chciała. Poziom i skala (zwłaszcza drugiej edycji) odnowionego Festiwalu Prapremier / Festival of New Dramaturgies są trudne do osiągnięcia i dobrze by było, żeby Łukasz Gajdzis o tym wiedział, a jeśli wie, to żeby pamiętał: może to stanowić cenne wyzwanie dla jego ambicji. Gest poprzedniej dyrekcji był radykalnym gestem niezgody na cenzurę ekonomiczną, którą Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego skutecznie stosuje wobec wielu wydarzeń kulturalnych (ostatnio – festiwali Malta i Dialog). To w tych okolicach szukałbym winnego zaistniałej sytuacji. Byłoby to uczciwsze, chociaż może taktycznie mniej skuteczne (o ile teatr będzie się chciał starać w przyszłości o łaskę min. Glińskiego). Mnie akurat taktyka zdaje się trochę tańsza od uczciwości, ale rozumiem, że każdy ma własny cennik.

Istotny jest jeszcze jeden motyw, być może, że dla nowej dyrekcji najistotniejszy. W obecnej sytuacji politycznej (rozumiem przez to sytuację konfliktu pomiędzy władzą a twórcami, konfliktu, który wciąż eskaluje – podobnie jak opresja działań władzy: kolejne odmowy realizacji podpisanych już umów, wymiana kadr, odwołania dyrektorów instytucji) Łukasz Gajdzis musi się mierzyć także i z tym, że jest ministerialnym (rządowym) nominatem: to przedstawiciele tego ministra w komisji konkursowej głosowali na niego, dwa głosy z pięciu oddali przedstawiciele ministerstwa, urzędnicy tej władzy, która coraz śmielej wchodzi ze środowiskiem artystycznym w zwarcie. To prorządowi dziennikarze ten wybór chwalili. Jak i lokalni politycy prawicy.
Rodzi to dość banalny problem praktyczny: dyrektor Gajdzis musi się liczyć z ostracyzmem czy niechęcią części środowiska artystycznego, szczególnie teatralnego, które stanęło na pierwszej linii tego sporu (i to właściwie już od początku urzędowania ministra). I w tym przypadku Festiwal Prapremier jest jakimś ratunkiem – pozwala (w takim nadzwyczajnym, świątecznym trybie) sytuację tę nieco odczarować, trochę ją oswoić. Skoro z przedstawieniami byli tu Klata i Kleczewska, byli Zadara i Smolar, a przynajmniej były ich spektakle, to odium częściowo zostaje zdjęte. Psychologicznie dla nowej dyrekcji to pewnie ważne, może nawet tylko dlatego warto było jednak zorganizować ten festiwal.
Trzy mocne powody i – w gratisie – rola zbawcy Festiwalu Prapremier. Jak można się temu oprzeć? Nie można.

 

2.

Jak na tak krótki czas i dość nadzwyczajną sytuację, to tegoroczny Festiwal Prapremier wygląda bardzo dobrze. Nie nazywałbym go co prawda festiwalem, a przeglądem, ale rozumiem, że takie niewielkie koncesje są dopuszczalne. Dziwi mnie też brak najgłośniejszego chyba spektaklu ostatniego sezonu, czyli Klątwy z Powszechnego, szczególnie że bydgoski festiwal jest jednym z nielicznych przedsięwzięć, których nie może dosięgnąć zemsta ministra – wszak dotację już mu zabrano. Ale rozumiem też, że częścią tej umowy pomiędzy nową dyrekcją a organizatorem teatru jest unikanie nadmiernych kontrowersji (gdyby miasto chciało odważnej dyrekcji, nie zmieniałoby przecież poprzedniej).
Jeszcze jedna pozostaje wątpliwość formalna: przed zmianą profilu przez Wodzińskiego i Frąckowiaka Festiwal Prapremier prezentował – jak sama nazwa wskazuje – przedstawienia prapremierowe, prapremierowe wystawienia sztuk. Łukasz Gajdzis odstąpił jednocześnie od obu tych tradycji: dawnej (prezentacji prapremier) oraz nowej (prezentacji przedstawień międzynarodowych zorganizowanych wokół jakiejś idei – umówmy się, że kategoria „niechcianości”, a już tym bardziej „nie/chcianości” jest tak nieokreślona, że trudno brać ją na poważnie). Ale ze względu na nadzwyczajną sytuację i tę niekonsekwencję można wybaczyć. Tym bardziej że formuła prapremier jest zbyt ograniczająca, niepraktyczna, nieefektywna.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego śmiem twierdzić, że jest tak źle? Czemu pozwalam sobie na to malkontenctwo?
Po pierwsze – naprawdę trudno będzie doskoczyć do poziomu, który ustanowiła poprzednia dyrekcja. Międzynarodowy charakter i doskonałość, odkrywczość oraz bezkompromisowość wybieranych przedstawień sprawiały, że mogli nam zazdrościć (i zazdrościli!) miłośnicy teatru z innych miast. Festiwal był (a jeśli jeszcze nie był, to miał taki potencjał) wyjątkowy na mapie teatralnej Polski, teraz – przegrywa rywalizację w obrębie województwa.
Po drugie – jego komercyjny, popularny charakter pokazuje kierunek zmiany bydgoskiej sceny. Dlaczego sądzę, że to źle? Bo to już trzecia instytucja kultury w Bydgoszczy, która będzie realizowała program w oparciu o zachowawczy, mieszczański gust publiczności. Dlaczego sądzę, że to źle? Bo prawdziwą sztuką w zarządzaniu systemem kultury jest bilansowanie różnych potrzeb i zaspokajanie różnych braków miejskiej kultury. Opera i filharmonia zaspokajają gusty i potrzeby mieszczańskiej publiczności (i robią to bardzo dobrze), jednak brak sceny, która mogłaby działać wbrew takim gustom, poszerzać horyzont dostępnej kultury, stawiać widzowi (właściwie nie tyle widzowi, co uczestnikowi życia kulturalnego) wysokie wymagania, nie schlebiać jego przyzwyczajeniom. Ale do tego potrzeba odwagi i wizji. Obu tych cech, jak widać, trochę nam brakuje.
I, paradoksalnie, nie straci na tym widz wyrobiony i czekający na takie wyzwania – ten zazwyczaj zna sposoby i posiada środki, żeby swoje potrzeby jednak zaspokoić; istnieje za to niebezpieczeństwo, że straci na tym widz aspirujący: ambitny licealista, student bydgoskich szkół wyższych, środowisko inteligencji o postępowych poglądach. A właściwie – straci na tym miasto, bo aspirujący widz nie będzie miał impulsu do rozwoju, licealista tym chętniej z Bydgoszczy wyjedzie, a najlepsi studenci nie wybiorą raczej naszego miasta, które w tej dziedzinie (dziedzinie atrakcyjności dla najlepszych studentów) nie posiada przesadnie wielu atutów. A już na pewno nie ma ich tylu, żeby z jakiegokolwiek rezygnować bez żalu.

 

3.

Proszę mnie nie podejrzewać o to, że złośliwie pragnąłbym, żeby bydgoszczanie nie chodzili do teatru i żeby teatr odwracał się od widzów. Jednak chciałbym, żeby teatr był instytucją ważną, mówiącą o najważniejszych problemach naszego świata (niezależnie od tego, gdzie sobie wytyczymy jego granice, to rzecz do dyskusji) i naszej wspólnoty (niezależnie od tego, jaka grupa – może być i cała ludzkość – będzie ją stanowiła). Jednak teatr nie zrobi tego, schlebiając gustom popularnym i pospolitym – uważam, że jest to nie do pogodzenia. Teatr może nie być lubiany, a nawet w niektórych sprawach lubiany być nie może, a nawet więcej: często im głośniej i wyraźniej mówi o sprawach ważnych, o pryncypiach, tym mniej jest lubiany. Taka jest odpowiedzialność teatru publicznego. Zaryzykowałbym taką tezę: teatr publiczny to nie jest teatr dostosowany do wymagań i horyzontów publiczności, ale teatr, który z publiczności (publiki, widzów) tworzy ludzi publicznych, ludzi istotnych w życiu publicznym, ludzi życiem publicznym przejętych. Czasem (a może nawet często) wbrew swojej publiczności. Wiem, że obecna dyrekcja nie podziela takiego poglądu, ale nie mogę się nadal z tą zmianą pogodzić.
Paweł Łysak twierdził, że do teatru nie chodzi się bezkarnie, a Paweł Wodziński – że teatr ma obowiązki publiczne. Wszyscy ich krytycy natomiast powtarzali nieustannie, że teatr jest od wystawiania sztuk (i nie ma co się wtrącać w publiczne, polityczne sprawy). Komercyjna, popularna koncepcja Łukasza Gajdzisa jest spełnieniem marzeń naszych konserwatystów. I na tym właśnie polega to ostre cięcie, to zerwanie, jakiego dokonano w naszym teatrze, który – wszystko na to wskazuje – będzie z każdym dniem bardziej nieistotniał jako głos publiczny, moralny, demokratyczny.
Dyrektor Gajdzis cofa nas o całą dekadę w rozwoju bydgoskiego teatru i z każdym dniem cofa nas bardziej. Na tym swoim białym koniu? Tak jest; bo to nie wierzchowiec, a koń pociągowy, który zaprzężony do wozu (w tej metaforze to nasz teatr, jakby ktoś nie zauważył) ciągnie go wstecz. W najlepszym wypadku: chodzi w kieracie w kółko. Z dyrektorem Gajdzisem na grzbiecie? W dżokejce, tużurku? Jednak ani na boso, ani w ostrogach – wiadomo, szpicruta jest bardziej stylowa.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start