Komuno (Paryska), wróć!

"Komuna Paryska" "Komuna Paryska" Fot. Monika Stolarska

1. Orkiestra końca świata.
Albo rockandrollowy szwindel

Pierwsze muzyczne przedstawienie na bydgoskiej scenie od czasu Opery za trzy grosze? Alternatywny musical? Antymusical? Musical perwersyjny? Postpunkowa opera? Apokaliptyczna operetka?

Muzyczność tego przedstawienia jest zresztą totalna – z wyjątkiem kilku monologów wyświetlonych na spuszczonej kurtynie (to rozdzielenie potęguje jeszcze czystość form) i jednego dialogu nikt właściwie w tym przedstawieniu nie mówi. Co jest usprawiedliwione konceptualną ramą: to bowiem, czego jesteśmy widzami, jest koncertem – koncertem zespołu Komuna Paryska. Trupa wygląda cudacznie, rozkosznie osobliwie i też osobliwie śpiewa (a oprócz tego gra; a także gra, że śpiewa i gra). Nie ma w tym, oczywiście, naiwnej wiary w rockandrollową estetykę, nie ma ufności pokładanej w konwencji, jest ironiczny cudzysłów, wiele ironicznych cudzysłowów; jeśli jest jakaś – szczątkowa – wiara w rockową czy punkową konwencję, jeśli jest jakaś – śladowa nawet – ufność w szczerość takiego rockowego czy punkowego buntu, to tylko perwersyjna, zagrana, przewrotna. I nic w tym przecież dziwnego.

Dla mnie przecież i pewnie dla części mojego pokolenia ten język i ta estetyka, ta resztka naiwnej wiary, która przetrwała od mojej, naszej młodości (heroicznej, rockandrollowej młodości) są zrozumiałe i ważne. Być może jest naszą jedyną buntowniczą tradycją, naszym najszlachetniejszym mitem, ostatnim pokoleniowym kodem, w obrębie którego możemy znaleźć (odnaleźć? ciągle odnajdywać?) porozumienie. Nie oznacza to przecież, że nie rozumiem, nie rozumiemy, co się z tą tradycją, językiem i mitem (naszym wspólnotowym mitem) stało. Bo stało się to na naszych oczach. Marną pociechą jest to, że proces ten dotyczył właściwie wszystkich dziedzin życia, wszystkich obszarów cywilizacji, wszystkich wspólnotowych mitów. Co nas spotkało? Urynkowienie i utowarowienie naszej przestrzeni buntu, komercjalizacja naszej intymności: kapitalizm z taką swobodą pożera wszystko, nawet – i z tym większym smakiem, tym łapczywiej – przejawy antykapitalistycznego buntu, którego wyrazem był rock i cała rockowa kultura, punk, indie, alternatywa (czy jest coś bardziej oksymoronicznego niż kategoria indie w katalogach wielkich wytwórni płytowych, czy jest coś bardziej obraźliwego dla mnie, dla nas, dla naszych młodzieńczych uczuć i porywów serca niż stawki, jakich żądają artyści buntu za trasy koncertowe, albo szczegóły technicznych raiderów punkowych kapel, w których opisano, jaką markę mineralnej wody i w butelkach jakiej objętości należy im przygotować w garderobach?). Komuna Paryska i ten proces problematyzuje w serii monologów członków zespołu oraz historii ich współpracy z ikonami muzycznego buntu na przestrzeni wielu lat; bo Komuna Paryska jako trupa wirtualna, imaginacyjna – a więc jedyna, jaka może uciec z tej pułapki rynku – gra z przerwami od prawie 150 lat.

Jest Komuna Paryska osobliwą orkiestrą końca świata – pojawia się zawsze na początku każdego romantycznego buntu, towarzyszy pierwszemu zrywowi w postaci pięknego ducha rewolucji, po czym odchodzi lub jest – jakby to powiedzieć – zwalniana z obowiązków w chwili, gdy ten bunt się ustatecznia i komercjalizuje. Nie dotyczy to tylko muzyki, to jasne, o której sobie tutaj w imieniu własnym i swojego pokolenia (też najzupełniej wirtualnego) fantazjuję. Dotyczy to wszystkich sztuk, niech każdy sobie podstawia, co zechce: krytyczne sztuki wizualne, rewolucje filmowej awangardy, literaturę, także teatr. To przedstawienie-koncert jest zachętą do myślenia o trybie istnienia sztuki w dzisiejszym świecie, o jej uwikłaniach i bezsilności (czyli także o: jej czystości i mocy).

2. Współpracujące porosty.
Albo artystyczna kooperatywa

Od początku działalności tego zespołu Teatru Polskiego w Bydgoszczy kwestia trybu pracy była istotnym elementem wielu (większości? czyżby niemal wszystkich? wszystkich bez wyjątku?) jego artystycznych produktów. Piszę „produktów”, żeby nie zawężać perspektywy i nie ograniczać działalności bydgoskiego teatru do samych tylko spektakli, chociaż ryzyko użycia tego terminu płynące z powyższego kontekstu, rzecz jasna, dostrzegam. Niech nie znaczy to, że i teatr – ten teatr – znalazł się w pułapce rynku, niech znaczy to, że nikt nie jest bezpieczny.

Ten wspólny, zespołowy, kooperatywny tryb pracy nad programem teatru jest konsekwentną filozofią działania bydgoskiej sceny. W kilku spektaklach-performance’ach (Take It or Make It czy Błękitnie) stanowił on element jawnie konstytutywny, w innych – ukryty, ale zawsze obecny, chociażby w oficjalnych deklaracjach, konferencyjnych enuncjacjach i wszystkich innych możliwych rytuałach teatralnego życia. W Komunie Paryskiej pojawia się nawet taka autotematyczna deklaracja czy raczej: deklaracja, która ma także wymiar autotematyczny; oto w jednej z piosenek Karol Darwin mówi:

o, wszyscy pragną tak bardzo
tych egzotycznych historii
o mięsożernych kwiatach

o, tymczasem tak chciałbym ci opowiedzieć
o współpracujących porostach

Autotematyzm tej biologicznej metafory jest oczywisty: skomercjalizowany i złapany w pułapkę systemu wymiany dóbr świat sztuki został sprowadzony do opowieści o walce indywidualności (i to najczęściej: walce o byt), konflikcie interesów, wyścigu, którego stawką jest sukces komercyjny albo kapitał symboliczny (sława, uznanie i takie tam), w którym to wyścigu arbitrami stają się wszyscy: od krytyków z niszowej prasy kulturalnej po dziennikarzy tabloidów, od publiczności głosującej tzw. nogami (czyli w istocie: pieniędzmi za bilety) po polityków, którzy mają do dyspozycji całą skalę wartościujących narzędzi. A Komuna Paryska chce nas nauczyć innego systemu, chce nam opowiadać o wspólnocie, symbiozie, kooperacji. I pewnie największym psikusem, jaki można temu artystycznemu projektowi zrobić, to wyróżnić tego, tę, tamtą – za to, owo, jeszcze coś. Jeśli czegoś ten spektakl-koncert chce nas uczyć, bo i ma jasne cele edukacyjne, to właśnie tego, jak leczyć się z egoizmu i choroby sukcesu indywidualnego. Do takiego egalitaryzmu chce nas przekonać, pokazując, jak w sztuce – tej egoistycznej i egotycznej dziedzinie życia zbiorowego – możliwe są ustępstwa i rezygnacje z własności i indywidualności na rzecz wspólnego dobra.

3. Paryż się budzi.
Budzi się Bydgoszcz?

Komuna Paryska jako znak przebudzenia moralnego – niezależnie od tego, jak owo przebudzenie jest dalekie od historycznych faktów, niezależnie od tego, jak bardzo piękne idee brudzą się czasem (a przecież tak często brudzą się krwią swoich ofiar, bywa też, że brudzą się krwią swoich dzieci), mamy prawo idealistycznie pragnąć spełnienia ich pięknych obietnic, żądając jednocześnie zachowania etycznej czystości (żeby nie tylko nie brudziły się od krwi swoich ofiar, ale też żeby obcy był im pot niewolniczej pracy, kurz wzbijany przez niespokojny tłum, plwocina pogardy, a nawet śniedź na monetach i brud setek rąk zostawiany na banknotach).

Dzieło sztuki, którym jest teatralny spektakl (ostatnio zbyt często widziałem, że zupełnie się o tym zapomina i przykłada do jego specyficznych retoryk obce zupełnie kategorie, co nosi znamiona intelektualnej łatwizny albo politycznej manipulacji, albo obu naraz), ma w tej specyficznej sytuacji rolę budziciela sumień i umysłów. Nie musi ono przyjmować do wiadomości swojej rzeczywistej czy domniemanej elitarności, ale może grać o wysoką stawkę: budzić Bydgoszcz, nakłuwać balon mieszczańskiego samozadowolenia, prowokować, męczyć i dręczyć swoim idealizmem, jak ten giez, z którym przyrównywał się Sokrates, miał kąsać miasto – tego gnuśnego konia, żeby go obudzić. Dzieło sztuki, jakim jest teatralne przedstawienie (tak często się o tym ostatnio nie pamięta i tak prymitywnie się tę niepamięć demonstruje, widziałem to i u nas), ma prawo być bezczelne w swoich postulatach – ma przy tym prawo wierzyć, że ta bezczelność będzie nie tylko postrzegana w kategoriach retorycznego gestu, ale że będzie ono za tę bezczelność doceniane. Arogancja sztuki i arogancja władzy to dwa zupełnie inne gesty, wykonywane w zupełnie innych porządkach: pierwsza jest naznaczona odwagą, druga – łatwizną posiadanego potencjału przemocy (od symbolicznej po realną).

Dlaczego o tym piszę? Bo Komuna Paryska jest znaczącym symbolem – jest gestem buntu, znakiem sprzeciwu słabszego; w tym symbolicznym uniwersum zajmuje miejsce sztuki we współczesnym świecie, sztuki stającej przeciwko wielkim siłom ekonomii i polityki, która (ta sztuka) jest z kolei synekdochą dzisiejszej pozycji człowieka w świecie współczesnym. Uświadomienie sobie tego piętrowego układu symbolicznych relacji powinno być jednym z ważniejszych efektów najnowszego przedstawienia Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Bydgoszczy obudzonej? Niech będzie.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start