Się nam wydaje. W Bydgoszczy (17)

Zdzisław Pruss, "Rozmowy z psem",  IW Świadectwo, Bydgoszcz 2015 Zdzisław Pruss, "Rozmowy z psem", IW Świadectwo, Bydgoszcz 2015

Rozmowy z psem, czyli gawędy zrzędy czy mantry mędrca?

Późne (można powiedzieć: dojrzałe) lata Zdzisława Prussa są jego najintensywniejszymi, jeśli o natężenie twórczości poetyckiej idzie. Ale nie o samo natężenie chodzi; ostatnie lata to dla Prussa-liryka czas największych chyba osiągnięć (ja sam za szczytowe uważam tomy Z ręką na sercu i Szczygieł z New Jersey – ten pierwszy za całość, ten drugi za poszczególne wiersze, w tym świetny Ground zero). Napisałem „Pruss-liryk”, żeby zaakcentować, że nie o twórczość lekką, kabaretowo-satyryczną mi chodzi (choć i w tej dziedzinie jego aktywność w ostatnich latach jest znaczna), ale brak tu zdecydowanie nomenklaturowej ścisłości. Weźmy choćby wymienione przeze mnie tomy: owszem, składają się z wierszy lirycznych, które jednak łączą się w cykle – tam, gdzie Pruss osiąga efekty najlepsze, tam związki łączące poszczególne wiersze są silniejsze. Wymienione tomy (ale przecież nie tylko one, w istocie odnosi się to – chociaż w różnym stopniu – do każdego tomu z ostatniej dekady) są właściwie poematami, cyklami wierszy połączonych jednym konceptem, concept-albumami niż zbiorami przebojowych singli (by posłużyć się tą muzyczną metaforą – korzystałem z niej już wcześniej, pisząc o Prussie, a teraz przypominam nie bez uciechy). Nie znaczy to, że nie zdarzają się w tych tomach „przebojowe single”, przeciwnie: Pruss dba o poszczególne wiersze, jest – by przywołać podział, który kiedyś roboczo zastosował Stanisław Barańczak – raczej „ramkowcem” niż „rulonowcem” (czyli komponuje każdy wiersz, zamykając go w pewnej ramie, a nie pisze jeden niekończący się poemat, który później z powodów jedynie praktycznych tnie na mniejsze kawałki).

Nie inaczej jest w Rozmowach z psem; to znów tom połączony jednym konceptem, znów duży poemat spięty sygnalizowanym już w tytule pomysłem. Pomysł, by ukazać ludzkie życie przez psie oczy, z psiej perspektywy, jest z historii literatury znany (tak, tak, wszystko już było), i to w świetnych realizacjach, by wymienić tylko dwoje klasyków dwudziestowiecznej prozy: Flush Virginii Woolf czy Timbuktu Paula Austera. Pruss oczywiście ma inny pomysł, co wynika nie tylko z różnicy rodzaju literackiego. Tom Rozmowy z psem ma jednocześnie naturalny związek ze zwykłą czynnością życiową, a z drugiej – pewną szczególną strukturę retoryczną: w pierwszym przypadku chodzi o tę tyle razy podsłuchiwaną skłonność ludzi do rozmowy ze swoimi zwierzętami, które – jak wszystko na to wskazuje – zupełnie niczego z tych monologów nie rozumieją („Och, no chodź już do domu, biegasz i biegasz, a pańcię już nogi bolą, stoję tu i czekam na ciebie”), w drugim – rzecz poważniejsza – idzie o strukturę, na której opiera się czynność modlitwy.

Ta druga sprawa jest – rzecz oczywista – ważniejsza z literackiego (czytelniczego? literaturoznawczego?) punktu widzenia. Otóż te monologi mają strukturę, której retoryczna tradycja jest niezwykle ważna (i poważna), a której rodowód jest odwieczny. Modlitwa – proszę się nie gorszyć tym zestawieniem – też jest takim dziwnym dialogiem, dialogiem, w którym nikt nam nie odpowiada, owszem, mówimy sami do siebie, ale przecież nie monologujemy. Fachowo rzecz określić by można jako dialog defektywny: taki mianowicie dialog, z którego usunięto wypowiedzi jednej postaci (jednego rozmówcy), w którym wypowiedzi jednego rozmówcy są ukryte. Ale nadal nie jest to monolog. To coś więcej niż monolog. O wiele więcej. Dlaczego? Dlatego, że taki dialog ma w sobie skryty mechanizm, który sprawia, że podąża się dalej i więcej odkrywa – na tym w istocie polega siła modlitwy: znajdujemy się w stanie, powiedziałbym, podwyższonej szczerości, sami sobie w tym stanie udzielamy odpowiedzi, na które inaczej odpowiedzieć byśmy nie dali rady. Jest to mechanizm retorycznego wsparcia, retorycznego wzmocnienia. I Zdzisław Pruss potrafi z tego wzmocnienia należycie korzystać.

Czy oznacza to, że Rozmowy z psem to w istocie tom modlitw? Tak, być może właśnie tak i nie należy tego rozumieć w żadnym razie bluźnierczo: każdy ma prawo modlić się tak, jak potrafi. Albo i nie modlić się wcale. Poeta niech się modli wierszami, nawet jak mówi w nich do psa. Bo Pruss mówi temu psu (i nam, i Bogu) rzeczy, których normalnie pewnie by nie powiedział – nie śmiałby? nie chciałby? nie miałby odwagi? Może wszystko po trochu. Dlaczego tak uważam? Bo jest w tym tomie mieszanka nostalgii i okrucieństwa (mam na myśli pewną odmianę brutalnej szczerości – nic strasznego zresztą, niech kto chce się o tym przekonać, zerknie do wiersza o zgrozie i pośmiewisku), trudna do przyjęcia, ale pewnie niezbędna. Liryczna persona (bo nie sądzę, żeby mówiącego w tych wierszach można było utożsamiać z autorem) jest szczera i okrutna, ale przede wszystkim – wobec siebie samego. Mało tego – czasem u tego biednego psiaka szuka niełatwego rozgrzeszenia, jak w wierszu, w którym wspomina swój dziecięcy grzech (o usłuchanym chłopczyku – podoba mi się to trochę pewnie gwarowe, a trochę przestarzałe „usłuchane” zamiast „posłusznego”, pamiętam je z dzieciństwa; zresztą, wiersz mógłby się znaleźć z powodzeniem w Szukaniu indyków i jest do tego tomu suplementem – kilka innych wierszy także łączy się z wcześniejszymi cyklami). Ale najczęściej jest szczery i okrutny w diagnozie obecnego szaleństwa świata.

Bo jest podmiot liryczny tych wierszy programowym tradycjonalistą – nie konserwatystą w sensie światopoglądowym, ale kimś, kogo świat w swoim rozwoju głęboko rozczarowuje. Ale – uwaga! – kto mimo wszystko siebie osądza surowiej, przyjmuje jakoś na siebie część win tego świata. Jeśli komuś układa się teraz wszystko i widzieć zechce w tych wierszach głęboki rys religijny, nie będzie wcale daleki od prawdy – chyba już kiedyś pisałem o tym, że dominującą ciągotą u Prussa jako poety dojrzałego jest ciągota metafizyczna: i nawet ten jego dowcip jest argumentem potwierdzającym tę tezę – mieszanie niskiego i wysokiego, także gdy o styl idzie, jest jednym z wyznaczników poezji metafizycznej. Podobnie rzecz ma się z fizjologią, która jest jednym z najsilniej eksponowanych motywów tych wierszy: ciało, ciało niedomagające, ciało słabnące, ciało odmawiające posłuszeństwa – oto refren tej krytyki świata współczesnego, refren, który jeszcze to rozczarowanie pogłębia. Nie dość że psuje się świat, jeszcze psuje się ciało, ulegając temu powszechnemu nikczemnieniu materii. Źle się dzieje, mówi Prussowy bohater, a będzie jeszcze gorzej – tego już z rezygnacją nawet nie dopowiada, ale przecież my to dobrze wiemy.

Przy całej tragiczności opisywanego świata, głos tego tomu jest spokojny, konwersacyjny, trochę zadumany, a trochę pewnie rozgoryczony. To nie lamenty, nie treny, nie hiobowe okrzyki – inaczej się mówi do Boga, a inaczej do psa. Nie popuszcza Pruss tego stylu często, nie spuszcza – nie mogę się oprzeć, żeby i tym kalamburem nie zagrać – swojego języka ze smyczy zbyt często, ale kiedy już to robi, językowo jest najciekawiej (jak wtedy, gdy – swoim zresztą sposobem – gra z frazeologizmami w wierszu o sprzątaniu i zacieraniu, i w tej grze nagle traci nad językiem kontrolę, niesie go on dalej, goni jak pies za… powiedzmy: kotem: „byli u nas / nożami celowali w mięso / krzyczeli na ustrój kradli / czas garściami / z butelek / wieszali się na szyjach / rzucali na szyny – wieprzowe / gwałcili dzieciątka / do mnożenia siedem razy osiem / wyskakiwali z siebie / dwudziestopiętrowych iskaczy chmur / przemycali półsłówka o półdupkach / i odeszli o północy”).

Wszystkie te wiersze rozpięte są – by wreszcie odnieść się do tytułu tej recenzji – pomiędzy gawędami zrzędy (świat jest zły…) a mantrami mędrca (…bo sami go zepsuliśmy i sami się psujemy), to napięcie jest tego tomu konstytutywnym elementem. Ten tylekroć deklarujący swoją niechęć do podróży bohater krąży nieustannie pomiędzy tymi dwoma biegunami. Zrzęda i mądrala na smyczy marniejącego ciała. Niewesoła książka, ale wesołość Prussa zawsze była podszyta dramatyzmem. I ciągle go przybywa.

PS Dwa elementy tej książki wymagają komentarza, a żaden z nich nie jest związany z pracą samego autora, stąd to postscriptum. Pierwszy to okładka, która – zważywszy że nie odnotowano jej twórcy – może być akurat pomysłem samego autora. Nie wykluczam tego, ale dobry wydawca to taki, który potrafi działać wbrew autorowi dla dobra książki i ta okładka takiej interwencji zdecydowanie wymagała. Nie chodzi o jej niepowagę, nie ona jest problemem. Problemem jest jej kuriozalność. A okładki Rozkładu jazdy czy Szczygła trudno krytykować, znaczy: da się robić lepiej…

Druga sprawa to redakcja tej książki i – szczególnie – jej korekta. Są autorzy, których dzieła ani nie zyskają, ani nie stracą na niestaranności redakcyjnej, jednak akurat książki Zdzisława Prussa warte są większej dbałości i rzetelności. Takiego nagromadzenia błędów, jakie zdarza się w tym tomie, nie widziałem dawno. Odbierają one powagę tej zupełnie poważnej książce. Liczba pomyłek choćby w samych w tytułach dyskwalifikuje wydawcę, redaktora i korektora (interpunkcja nie jest nieważna, tym bardziej że – co dziwne – w spisie treści uniknięto wszystkich błędów! żenująca literówka „nerkach” miast „nerwach” też zdarzyć się nie powinna!). Słabość bydgoskiego życia literackiego – dość często to powtarzałem – jest też pochodną takiej niedbałości, takiej słabości bydgoskich wydawnictw.


Adam Szefer, "Mieszczaństwo bydgoskie w świetle testamentów i inwentarzy mienia z lat 1581–1620",  Adam Szefer, bmw 2015Mieszczaństwo bydgoskie w świetle testamentów i inwentarzy mienia z lat 1581–1620, czyli z otchłani

„Mam nadzieję, że niniejsza publikacja przypadnie do gustu szerokiemu gronu czytelników” – deklaruje autor i, przyznam szczerze, jest to deklaracja nader zuchwała. Rzecz jasna, nie wiem, co Adam Szefer rozumie pod pojęciem „szerokie grono”, ale cokolwiek by to nie było, wielkich nadziei bym nie miał. I to wcale nie dlatego, że książka nie jest ciekawa. Ciekawa jest, i owszem, nawet bardzo, ale jednak nie dla szerokiego grona czytelników. Nie założyłbym się nawet, że zainteresuje się nią wąskie grono fachowców. Taki los, nie ma w tym winy autora. Winę (i to wyłączną) ponoszą czasy – i to wcale nie te czasy pomiędzy rokiem 1581 a 1620, ale nasze czasy.

Musi być Adam Szefer przykładem wyjątkowego, powiedziałbym nawet: ginącego gatunku – musi być studentem z pasją o rzadko spotykanej skali. Książka bowiem, ta właśnie książka, jest – jak sam autor przyznaje – udoskonaloną wersją jego pracy magisterskiej. Liczy sobie, proszę to zapamiętać i docenić, ponad 260 stron dość dużego formatu. Każdy, kto kiedykolwiek próbował napisać dłuższy tekst, doceni skalę tego dokonania. Dodać do tego trzeba zupełnie przyzwoity język (nie jest to literatura, ale tekst naukowy bywa lekki i przystępny, jest poprawny, a w takich przypadkach to już coś) i mamy obraz wyjątkowej magisterki.

Jednak nie magisterium tu mam oceniać (to ocenili już promotor i recenzenci, a nawet władze wydziału, które przyznały pracy nagrodę za najlepszą magisterkę w roku akademickim 2013/2014), ale książkę. A książka jest ciekawa w tym choćby, że z suchego przecież dokumentu, jakim jest miejska księga testamentowa, potrafi zbudować opowieść o dawnych czasach. A jest to opowieść o szerokim kontekście, plastyczna, pogłębiona. I choć bywa, że przypisy zajmują 80% stronicy, nie należy się ich bać – są tylko znakiem naukowej rzetelności autora i ich porządkowa funkcja nie powinna czytelnika interesować: dla własnego komfortu można nawet spróbować nauczyć się ich nie zauważać.

Dość przypadkowy okres w historii miasta, te ledwie cztery dekady przed wieloma wiekami, musi się – mocą przypadku: zachowały się dokumenty z tego akurat okresu – stać znakiem wczesnej historii Bydgoszczy. I pod dociekliwym i sumiennym piórem młodego naukowca takim się w istocie staje. Ten katalog materialnego zasobu tamtych bydgoszczan staje się bramą do dawnego świata; oczywiście i tam przejście przez tę bramę jest wielkim złudzeniem, bo przecież trudno sobie wyobrazić, czym dla ówczesnych ludzi były te zgromadzone i przekazywane następnym pokoleniom przedmioty. Czym były dla nich książki, czym przedmioty codziennego użytku, czym ubrania? Czym wreszcie – by czytać tę książkę jak literaturę – była sama śmierć?

By dalej próbować czytać tę historyczną pracę jak literaturę (znaczy: interpretować ją, inspirować się nią, używać jej na sposób, jaki używamy literatury), można pokusić się odczytać tę testamentową księgę (zbiór testamentów osobistych bydgoskich mieszczan sprzed czterech stuleci) jako pewien testament metaforyczny: testament dawnych bydgoszczan dla bydgoszczan dzisiejszych. Co nam ta garstka popiołu, ten butwiejący gdzieś w ziemi szczątek, o których te księgi opowiadają (trudno bowiem przypuszczać, że coś z tych dóbr przetrwało do dziś), mówi dzisiaj, do czego namawia, do czego – wreszcie – może nas zobowiązywać? Ten testament każdy musi podjąć sam, sam zdecydować, co z tą zbiorową ostatnią wolą zrobić. Albo i nie. Ostatecznie, ci dawni mieszczanie niczego na nas nie wymuszają. W ich perspektywie nas przecież nie było (na tym polega nasza nad nimi przewaga: oni dla nas istnieją, namacalni, z ich dobytkiem i rodzinami, których obdarzali swoim majątkiem, a my dla nich – nie).

Wracając do wyrażonej przez autora nadziei (uparłem się tego – konwencjonalnego przecież, rozumiem to dobrze – sformułowania), należałoby oczekiwać, że jest nadzieja, by ta księga doczekała się rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Jest bowiem doskonałym materiałem na – choćby niewielką – powieść historyczną. Można mieć nadzieję, że jakiś pisarz (jeśli nie teraz, to może kiedyś, w przyszłości) użyje jej w jakiejś, powiedzmy: pomysłowej i nawet awangardowej, eksperymentalnej narracji. Parnicki nam przecież pokazał, co z historią można zrobić (talent na jego skalę jest, co prawda, zjawiskiem zupełnie wyjątkowym, to wiadomo, ale wzorem jest wspaniałym). Życzę tej książce takiego zdolnego pisarza.-

Przed Adamem Szeferem pewnie piękna (ale i niewdzięczna, on chyba już o tym wie) kariera historyka. Jeśli nadal będzie zajmował się dziejami Bydgoszczy i regionu, będziemy mieli jeszcze nieraz przyjemność lektury przynajmniej tak ciekawej jak ta książka. A to już naprawdę wiele.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start