Poezja daje mało oddechu

Wojciech Boros Wojciech Boros Fot. Paweł Boros

Z gdańskim poetą Wojciechem Borosem – przy okazji spotkania autorskiego w „Modraczku” (11.02.2016) – rozmawia Karolina Sałdecka.


To nie twoje pierwsze spotkanie autorskie w Bydgoszczy. Jak często tutaj bywasz? Co przyciąga cię do tego miasta?
Fakt – to już drugie moje poetyckie spotkanie nad Brdą. Pierwsze odbyło się w legendarnym, nieistniejącym już Węgliszku 13 grudnia 2010 roku. Prowadził je wówczas Jarek Jakubowski. Atmosfera była bardzo okej i chyba nawet padał śnieg. A co mnie przyciąga – tu chyba nie będę szczególnie oryginalny – rzeka i spichlerze zapadły mi w pamięć. I rynek. Oraz Mózg i Kubryk. Ostatnio zaś byłem tu w styczniu br. z moją córką Julią, wielbicielką Zdzisława Beksińskiego, w waszej Galerii bwa na wystawie Poza snem.

W Trójmieście środowisko literackie tętni życiem, to bez wątpienia ważny ośrodek na literackiej mapie Polski. Macie „Autograf”, „Blizę”, stałe miejsca (znane w całym kraju), w których odbywają się spotkania autorskie, turnieje jednego wiersza, warsztaty literackie. Niekiedy trudno zdecydować, dokąd pójść – tyle się dzieje w ciągu jednego dnia. Co twoim zdaniem decyduje o aktywności i dynamice danego środowiska literackiego?
To, co się obecnie dzieje w Trójmieście, zakrawa na pozytywne szaleństwo, bo oprócz wymienionych przez ciebie działań należałoby wspomnieć regularnie ukazujący się dwumiesięcznik literacki „Topos”, a także „Migotania, Przejaśnienia”, choć przyszłość tych ostatnich jest już raczej – niestety – przesądzona. Gdynia ma Nagrodę Literacką, Gdańsk – Europejskiego Poetę Wolności, Sopot – Literacki Sopot, by wymienić najbardziej sztandarowe działania. Z ogólnopolskich konkursów poetyckich, na które regularnie przychodzi po kilkaset zestawów wierszy, warto zauważyć gdyńskie „Połowy Poetyckie” (15 edycji), sopocki Konkurs Rilkego (10 edycji) czy wreszcie, najstarszą w tej stawce, gdańską „Czerwoną Różę” (56 edycji). Regularne spotkania literackie odbywają się w wielu miejscach, m.in. w najbliższej mi Przystani Poetyckiej „Strych” (którą współprowadzę z Pawłem Baranowskim), w gdańskiej Bibliotece Pod Żółwiem czy też w Gdańskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuki na Chlebnickiej, Bibliotece Oliwskiej czy Galerii Warzywniak. No i odbywające się w cyklach półrocznych gdyńskie slamy, których zrobiłem dotychczas 13 (14. w marcu br. – zapraszam do Gdyni!) – obecnie jedyne regularne slamy na Wybrzeżu. Do tego dochodzą konkursy jednego wiersza, warsztaty i jeszcze parę innych rzeczy. Naprawdę jest w czym wybierać.

No tak, ale skąd bierze się to „pozytywne szaleństwo”? Jak myślisz?
Przede wszystkim – ludzie, bo to oni stoją za poszczególnymi pomysłami. No i pieniądze, bo bez nich trudno rozkręcić duże przedsięwzięcia oraz utrzymać te mniejsze, być może nawet ważniejsze od wielkich festiwali, jeśli chodzi o pracę u podstaw, mniej popularną i mniej widoczną. W przypadku Trójmiasta pewną rolę zdaje się odgrywać pozytywne współzawodnictwo pomiędzy Gdańskiem, Gdynią i Sopotem – literatura na Wybrzeżu zdecydowanie na tym zyskuje.

W jaki sposób Bydgoszcz – literacka i artystyczna – jest postrzegana z perspektywy Trójmiasta?
Z przestrzeni bydgoskich kojarzę przede wszystkim wspomnianego już Węgliszka, o którym ciekawe historie opowiadał mi swego czasu poeta Wojciech Banach. Słyszałem także o Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego, która miewała dość intrygujące romanse z literaturą. Nie jest mi obcy Dom Kultury „Modraczek” i prowadzone tam przez Barbarę Jendrzejewską wieczory literackie. Znam także ukazujące się tu pisma: „Metaforę”, „Akant”, „Kwartalnik Artystyczny”. No i najmłodsze i bardzo dobrze się prezentujące, zarówno pod względem edytorskim, jak i merytorycznym, „Fabularie”. Siłą rzeczy skupiam się na literaturze – ona jest mi najbliższa.

Opowiedz o swoich literackich początkach. Jak czułeś się jako początkujący poeta? Co wydawało ci się trudne, co cię zdumiewało?
Na początku chciałem napisać wiersz dobry na tyle, by go opublikowano. I to się stało. Potem w marcu 1993 roku, dzięki zacięciu dwóch „dziewczyn od poezji”, czyli śp. Marzeny Szymańskiej i Ady Niecko, stworzyliśmy niesamowicie energetyczną przestrzeń, czyli Inicjatywę Poetycką „Almanach” (1993–97) – grupę przyjaciół-poetów, która powstała przy audycji „Poezje, które lubisz” emitowanej w Radiu Gdańsk, a potem kontynuowanej w Radiu Eska Nord. Potem były nagrody, m.in. moja „Czerwona Róża” w 1996, czy debiutancki tom wierszy w 1997.
Trudne wydawało mi się zawsze to, co i dziś nie jest łatwe – jak zacząć kolejny tekst, czy w ogóle ma to sens i czy ktoś na ten tekst czeka. Z czasem pisze się coraz mniej, czyli dalej jest trudno, ale rzadziej się to odczuwa. No i człowiek z czasem nabiera dystansu do samego siebie – wtedy się robi zdecydowanie łatwiej.
A co mnie zdumiewało i zdumiewa do dziś? Każdy nowy tekst.

Od czasu wydania twojego pierwszego tomu (Nierealit górski) do najnowszego (Pies i Pan) minęło kilkanaście lat. Realia zmieniły się niemal pod każdym względem. Powiedz, jak wyglądała rzeczywistość wydawnicza w 1997 roku, a jak postrzegasz ją teraz?
W tej chwili jest o wiele łatwiej wydać tom wierszy, choć w 1997 roku też nie było to już trudne. Śp. Andrzej Krzysztof Waśkiewicz, poeta, krytyk i edytor, redaktor moich pierwszych trzech tomów wierszy, opowiadał mi różne historie i perypetie wydawnicze sprzed ’89 roku. Wtedy było ciężko. Warto wspomnieć chociażby słynne przesuwające się w czasie problemy z publikacją pierwszego tomu Milczewskiego-Bruna, o których wspomina w swoich Listach. Ja na początku strasznie się zaciąłem, żeby nie wydawać książki za własne pieniądze, tylko zdobyć na nią fundusze. Od debiutanckiego Nierealitu górskiego udaje mi się publikować kolejne tomy z pieniędzy zewnętrznych, stypendiów.
W Polsce ukazuje się dużo dobrej i przyzwoitej poezji. Trudno się przebić do czytelnika, zresztą ludzie raczej sięgną po kryminał niż po tom wierszy. Poezja jest cholernie wymagająca i daje mało oddechu, a właściwie dusi tego, kto po nią sięga. W tym jest jej moc.

Rzeczywiście, w ostatnich latach ukazało się sporo dobrych tomików poetyckich. Gdyby jeszcze mogły być bardziej eksponowane w sieciach księgarń… Mówisz o zdobywaniu zewnętrznych środków na wydanie książki. To łatwe?
Poezję najłatwiej kupować przez internet. Ten kanał dystrybucji zdecydowanie przewyższa inne. Wystarczy poświęcić kilka, kilkanaście minut i większość tomów poetyckich mamy w zasięgu ręki. Księgarnie sprzedażą poezji nie są właściwie zainteresowane: nakłady są niewielkie, promocja praktycznie nie istnieje, zyski są minimalne. Szukajcie nas w internecie, szanowni czytelnicy (śmiech).
A co do zdobywania środków – na Pomorzu Gdańskim nie ma z tym większych problemów: jest szeroki program stypendiów artystycznych fundowanych przez Urząd Marszałkowski, poszczególne miasta takie jak Gdańsk też mają swoje programy stypendialne. Są także mecenasi prywatni, którzy wspierają przedsięwzięcia artystyczne – o wiele za rzadko, ale to raczej problem podatkowy i kwestia bycia odpowiedzialnym za rozwój lokalnych społeczności poprzez działania kulturalne – z tym bywa różnie.

Pracujesz jako redaktor odpowiedzialny za poezję w kwartalniku „Bliza”, często jesteś także jurorem w ogólnopolskich konkursach poetyckich, turniejach jednego wiersza. Jak oceniasz współczesną poezję – jej kondycję i przyszłość, przyglądając się debiutantom, ale i twórcom dojrzałym, już ukształtowanym?
O kondycję poezji w Polsce jestem spokojny – naprawdę jest w czym wybierać i na czym zawiesić ucho. Co jakiś czas pojawiają się perełki i ludzie, którzy te perły w swoich niepozornych muszlach tworzą. Myślę, że poetów moglibyśmy spokojnie eksportować do innych krajów. Jurorowanie w toruńskim Herbercie, lęborskim Stryjewskim czy gdyńskich „Połowach Poetyckich” daje dobry ogląd tego, co się w nas, autorach, tli. Z kolei „Bliza” jest miejscem wyjątkowym, bo miejscem pracy, o której zawsze marzyłem – czytam wiersze i odpowiadam za to, co się ukaże na papierze. Czasem ryzykuję, czasem pewnie się mylę, ale uważam, że jako redaktor muszę być otwarty na różne głosy i narracje. Kocham tę robotę.

Co nam w ogóle daje poezja w codziennym życiu?
Nic, co można by zważyć i zmierzyć. I to jest w niej najbardziej niesamowite. Niby nic, a wytrąca nas z równowagi i przeciętności zwykłego dnia. Przynajmniej niektórych z nas.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start