Centrum Kultury Fantastycznej: Co dał nam Dick?

Tadeusz Krajewski Tadeusz Krajewski fot. Dariusz Gackowski

Dick nic nie wniósł do prawiekowego dyskursu o naturze rzeczy. Nie powiedział ani jednego słowa wzbogacającego skarbnicę wiedzy ontologicznej, nie zaskoczył żadną metafizyczną refleksją. Już Parmenides traktował z pogardą pozorność poznania zmysłowego, a jego uczeń Melissos odmawiał racjonalnej konstatacji jakimkolwiek próbom odczuwania. W jaskini Platona z trudem można było odnaleźć cienie rzeczywistości skrytej wśród dominującej ułudy. Kartezjusz nadał nowe (wręcz sakralne) znaczenie świadomości, która konstytuuje wszystko, co na zewnątrz nas. Istnienie jest zatem możliwe dzięki umysłowi. Jego wyłączenie to reset Wszechświata? Może tak, może nie… To właśnie solipsyzm stał się pożywką szaleństw Dicka (jak lubi nazywać schizoidalne wizje amerykańskiego pisarza znawca jego twórczości – Radosław Depka-Prondziński). „Być oznacza być postrzeganym” – nauczał 100 lat po Kartezjuszu irlandzki filozof George Berkeley. Istnieje zatem tylko byt postrzegany, obiektywna rzeczywistość jest zaledwie zbiorem umownych znaków.

– Skoro jedyny punkt odniesienia to samoświadomość, idea Boga zaczyna przypominać prostacki chwyt intelektualny, brutalny cios pięścią – grzmiał Nietzsche.

Nie inaczej do zagadnienia iluzoryczności natury podchodziły gnostyczne teorie wschodnie. Szczególnie wyrazistą zdaje się koncepcja boskiej siły zaciemniającej prawdziwy obraz (zarówno w warstwie mentalnej, jak i kosmicznej), nazywanej przez hinduistów mają. Według buddystów złudzenie, będące immanentnym stanem natury, czyni rzeczy tym, czym one są. Jedynie ludzie nieoświeceni przywiązani są do rzeczy nieistniejących. Nawet chrześcijaństwo częściowo wchłonęło te idee. Niektórzy ojcowie Kościoła zakładali, że jedyną uprawnioną rzeczywistością jest rzeczywistość Nieba.

Tam, gdzie filozofia i religia nie wystarczają, wkracza literatura. Czasami tylko ona potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania. Dostojewski wskazywał na indyferentyzm moralny w prostej linii prowadzący do zaniku transcendencji (Bracia Karamazow, Zbrodnia i kara). Proust nie miał wątpliwości, że na stałe funkcjonuje zaledwie świat wrażeń i odczuć, a desygnaty za nie odpowiedzialne to mniej lub bardziej złożone symbole (W stronę Swanna). Najdalej poszedł jednak Jorge Luis Borges. W Ogrodzie o rozwidlających się ścieżkach całkowicie zdruzgotane zostaje linearne traktowanie czasu, a przestrzeń przyjmuje wszystkie symptomy wielowymiarowości. Trwałość okazuje się niezwykle misternym oszustwem. Gdy Leon Chwistek publikował swój manifest Wielość rzeczywistości (z którego skwapliwie skorzystał Stefan Grabiński, tworząc własną koncepcję bytów równoległych, do których dotrzeć można jedynie „ślepym torem”), Werner Heisenberg kończył pracę nad teorią nieoznaczoności. Wynikało z niej, że oskarżonego (czyli świata materialnego) nie można postawić przed sądem, gdyż jest po prostu… nieuchwytny!

Amerykański pisarz SF Philip K. Dick zadebiutował w 1951 roku. Pytania, które zaczął stawiać, zostały już dawno wyartykułowane, a odpowiedzi stały się podwaliną nowego kulturowego paradygmatu, wszechobecnego w każdej bez mała dziedzinie życia. Dlaczego zatem jego czytelnicy oszaleli, gdy usłyszeli nieśmiertelne kwestie: „czym jest tożsamość”, „czy to, co nas otacza, nie jest przypadkiem halucynacją”, „czy historię Ktoś nam opowiada, czy sami ją tworzymy”? Według Stanisława Lema odpowiedni efekt uzyskał pisarz dzięki specyficznej narracji, tworzeniu z kiczowatych elementów typowych dla popkultury amerykańskiej, dzieł ważkich, obarczonych brzemieniem filozofii egzystencjalnej. Z całym rozmysłem Lech Jęczmyk nazwał Dicka „Dostojewskim SF”. Może sztafaż fantastyczny był niezbędny, aby kwestie ontologiczne rozważać nie tylko w aulach uniwersyteckich, ale także podczas spotkań towarzyskich, w miejscu pracy, czy w szaletach publicznych („Skoczcie do klozetu i stańcie na głowie. Ja żyję – wyście pomarli, panowie!”)?

A może najzwyczajniej w świecie dość już mamy tej niestabilnej rzeczywistości, wirówki nonsensu („Jeżeli to nie sen, to oszalałem”), regresu, który dostrzegamy zaraz po przebudzeniu i chcemy wierzyć w to, że tak naprawdę JEST INACZEJ. Religia zawiodła, nauce nie ufamy, filozofia nas odstręcza. Zostaje więc Dick i jego uniwersalne przesłanie zakodowane w Ubiku: „Żyj, bez względu na to, na którym poziomie się znalazłeś”.


PS Czytelnikom, którym spodobał się Człowiek z Wysokiego Zamku, polecam Wilkołaka Drago Jerzego Grundkowskiego. Proszę uruchomić niekonwencjonalne myślenie i w miejsce Boga wstawić Rozum!


Centrum Kultury Fantastycznej

Kawiarnia Szpulka, MCK ul. Marcinkowskiego 12


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start