Kadry z fotografii

Jerzy Riegel, Widok na Aleje 1 Maja, 1968, brom sepiowany Jerzy Riegel, Widok na Aleje 1 Maja, 1968, brom sepiowany

Z Jerzym Rieglem, poligrafem i mistrzem czarno-białej fotografii artystycznej rozmawia Hanna Strychalska.


Mistrzowie poligrafii

Pierwszym był instruktor, fotograf, Jan Przybysławski. Jeszcze przed wojną pracował w Zakładach Graficznych Instytutu Wydawniczego „Biblioteka Polska” w Bydgoszczy. Zajmował się wtedy techniką rotograwiurową. Zniknęła ona w czasie okupacji i już nie wróciła do użytku po wojnie. Ale jeszcze w 1938 roku pracowano u nas w tej technice nad wielkim dziełem – „Księgą jazdy polskiej”. Przybysławski uczył nas litochemigrafii i fotooffsetu. Oczywiście także Marian Kończal, który nie tylko był znakomitym fotografem i trawiaczem, ale miał wyjątkową wyobraźnię artystyczną. Mistrzami w technice litografii na kamieniu byli Zygmunt Lewandowski oraz Błażejewicz, Gentkowski i Molenda. A przed wojną – Stanisław Brzęczkowski. Wybitnym projektantem wydawnictw był Henryk Piaskowski.

 

 

Pierwsza wizyta u słynnej Niny Gardzielewskiej

Przyjechałem do Torunia. Pani Nina mieszkała przy ulicy Warszawskiej, w starej kamienicy, na takim wysokim parterze. Ale zanim dotarłem na umówioną godzinę, to na Starym Rynku znalazłem... bar. Tam podawano tylko kawę i wino. Ze stresu wypiłem małą kawę. A potem lampkę wina. Żeby stać się bohaterem.
Przychodzę do Pani Gardzielewskiej. W mieszkaniu – duży, myśliwski pies, seter. Cichutki. Spojrzał, nawet nie szczeknął. Pan Zygfryd Gardzielewski był litografem, w tym czasie – kierownikiem działu technicznego w Toruńskich Zakładach Graficznych. Mieszkanie – około stu metrów kwadratowych, a na ścianach pełno dzieł sztuki. Pani Nina zaprasza. Skrępowany, podaję teczkę ze zdjęciami. A potem rozkładam wszystkie zdjęcia na podłodze. Pani Nina, zgrabna, giętka, wskakuje na stół i zaczyna oglądać zdjęcia. Wybrała wtedy trzy prace. – Te zdjęcia, to jest Riegel – powiedziała. – Resztę proszę odłożyć. Widziałabym Pana w Związku.

 

Ulubiona technika, czyli izohelia

Patrząc na izohelię, mam skojarzenia z grafiką. Te kontrasty bieli i czerni, niuanse walorowe. Plastyczność i masywność brył ukształtowanych przez światło. Widać nawet zróżnicowane faktury na płaszczyznach. Czy to właśnie efekty graficzne są dla Pana ciekawe w izohelii?
Tak. Poza tym ta technika ma szczególną historię. Izohelia zafascynowała mnie przez postać profesora Witolda Romera. Jego ojciec, Eugeniusz, z wykształcenia geograf, miał przed wojną, we Lwowie, drukarnię. Drukował przede wszystkim mapy fizyczne i inne druki akcydensowe. Mapa fizyczna, w procesie powstawania, wymaga kilkakrotnego druku. Trzeba pokazać całe ukształtowanie terenu – od różnych głębokości wody po wysokości górskich szczytów. Każda mapa to sześć barwnych projektów, sześć trawionych płyt i sześć „przepuszczeń” przez maszynę drukarską. Kolory morza – od błękitu po granat, który oznacza głębię. Kolory lądu i gór – od żółtego po brąz i czerń, którym określa się najwyższe szczyty.

Trzeba przedstawić całą paletę walorów.
Właśnie! Jego syn, Witold, studiował wtedy chemię na Politechnice Lwowskiej. Zajmował się też fotografią. Miał umiejętności poligraficzne. Eksperymentując, doszedł do wniosku, że można zamiast sześciu płyt zastosować trzy.

I tak skrócić drogę do celu, czyli do druku?
Tak. Przed wojną fotografią artystyczną zajmowali się, hobbystycznie, ludzie zamożni: lekarze, inżynierowie, prawnicy. Można powiedzieć, że to dla nich profesor Witold Romer znowu zaczął eksperymentować. Połączył ze sobą kilka negatywów, wcześniej różnie naświetlonych, i wrzucił do powiększalnika. W ten sposób powstała taka grafika, która nazywa się izohelią. Pierwsze izohelie Romera przedstawiały kwiaty, a dokładnie tulipany. Były też akty. Trochę architektury. On tę technikę z czasem wzbogacił, ulepszył i w końcu opatentował. Zrobił to w jakimś piśmie, chyba w 1931 roku. Izohelia rozeszła się po całym świecie. To jest polski wynalazek!
W latach sześćdziesiątych kupiłem „Vademecum fotografii”. Tam były opisane różne techniki, także takie grafiki jak solaryzacja i izohelia. Zainteresował mnie Witold Romer. Ja byłem wtedy poligrafem, on też zajmował się poligrafią. A na dodatek jego ojciec miał drukarnię. Poczułem… taki sentyment. A moja pierwsza udana izohelia z 1963 roku to były żelazne drzwiczki od płyty kuchennej, z ulicy Warszawskiej, gdzie mieszkaliśmy.

 

Czas w fotografii

Mówiła Pani o tej dziewczynce. Ja byłem wtedy nastawiony na fotografowanie spichrzy przez bramę. Brama była zniszczona. Byłem z dziewczynką, opiekowałem się nią. Ona oczywiście nie stała spokojnie, chodziła w tę i z powrotem. I nagle pojawiła się w bramie, którą w tym momencie miałem fotografować. Patrzę – ciekawe. Zrobiłem zdjęcie ze sztafażem [„Widok z klatki schodowej, ul. Nowy Port”, brom sepiowany, 1964].
Był też chłopiec. Stał w bramie, właściwie w korytarzu, przy ulicy Warszawskiej. Wracałem z jakiegoś spotkania. Miałem przy sobie aparat. Patrzę – stoi chłopiec, zamyślony, rączka w kieszeni. Światło było ciekawe. Zrobiłem zdjęcie. On dopiero potem się zorientował. Zaczął się prostować, pozować. Ale to mnie już nie interesowało [„Zamyślony”, brom sepiowany, 1964].

 

Bydgoszcz – miejsca, w które się wraca

Czas przede wszystkim zmienił Stare Miasto. Jezuicka – właściwie się nie zmieniła. Kamienice odnowiono, ale widok od Długiej – taki sam, czyli Fara. Zaułki mocno się zmodernizowały. Tak, ja tam ciągle wracam, przyglądam się. Można na nowo sfotografować pewne fragmenty. Ale ostatnio, przyznaję, trochę to zaniedbałem. W tym roku postanowiłem wrócić do tych starych zakątków. A jeszcze Wyspa Młyńska – też zmodernizowana. Stara Wenecja miała niegdyś więcej takiego malarskiego uroku. Teraz niektóre budynki są za nowoczesne. Dodano gładkie, niezniszczalne materiały.

To już Pana nie pociąga, tam już Pan nie wraca? Pozostawia Pan te miejsca przeszłości, czyli swoim dawnym zdjęciom?
Tak.

A okolice Filharmonii i pobliska architektura?
Tak, mam to. Przymierzam się teraz do „Potopu”. Chcę go sfotografować po swojemu. Chcę coś zobaczyć. A to nie jest takie proste. Musi być odpowiedni dzień, nastrój. Ostatnio też przyglądam się nowym latarniom na moście. One wymagają dużo cierpliwości i czasu…

W nich jest dużo ażuru. Ważne jest odpowiednie oświetlenie, żeby nie było za wiele efektów. Czy ja dobrze myślę?
Bardzo dobrze.

A jak Pan teraz odbiera Długą, Dworcową, Gdańską, które Pan nieraz fotografował?
Tu trzeba poczekać na odpowiednie oświetlenie, bo architektura tego wymaga. Musi być pogoda. Oczywiście jesień i mgliste poranki też sprzyjają artyście, ale on musi to dostrzec. Jest mgła – trzeba ją sfotografować. Ale jak? Czasem wystarczy sfotografować fragment budynku. Dobrze jest, gdy słońce przebije się niespodzianie i rzuci jakieś boskie promienie z niebios. Ale taka sytuacja wymaga przyglądania się, czasu…

 

Wycieczki zagraniczne z aparatem w ręku

Należałem do Stowarzyszenia Inżynierów i Mechaników Polskich, czyli SIMP, Sekcja Poligrafów, które działało przy Naczelnej Organizacji Technicznej. SIMP chętnie korzystało z usług poligrafów. Drukowaliśmy plakaty i drobne wydawnictwa. A za to dostawaliśmy autobus na wycieczki do Drezna, Lipska, Wiednia, Pragi czy Erfurtu. Wszędzie tam fotografowałem.

Niemieckie miasta z końca lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Czy Pan wystawiał kiedyś te zdjęcia? Na pewno są wyjątkowe.
Nie. Chciałbym… Ale dlaczego Erfurt? SIMP i Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch” współpracowały ze sobą w dziedzinie sportu. A drukarze z Erfurtu zapraszali naszych drukarzy na trzydniowe święto sportowe. Ale to był inny gatunek drukarzy, inne warunki i zwyczaje. Tam, przy drukarni, był bar, gdzie stały koniaki. U nas była świetlica, potem kawiarnia. Coś tam próbowali, ale zaraz trzeba to było zlikwidować… (uśmiech)

Inny świat. Braliście udział we wspólnych zawodach sportowych?
Tak! Tak!

A jaką dyscyplinę Pan tam uprawiał?
Ja? Fotografię! Poprosili mnie jako dokumentalistę.

 

Fotografia jako dokument

Mam też sporo panoramicznych ujęć Bydgoszcz z 1981 roku, gdy był stan wojenny. Wtedy właśnie wychodził pierwszy album o Bydgoszczy, zlecony naszym Zakładom przez „Sztukę Polską”. Pracował tam nasz kolega, architekt, Ildefons Bańkowski, który zaprojektował cały album. Ale wydawca zażyczył sobie, aby pokazać panoramę miasta z wieżowca przy ulicy Bernardyńskiej. Ponieważ był stan wojenny, to zezwolenie na zrobienie zdjęcia musiała wydać Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej, na prośbę „Sztuki Polskiej”. Mam to zezwolenie do dziś. Kierunek wykonania zdjęcia – „z Mostu Bernardyńskiego na Farę”. Ale, jak już byłem na wieżowcu, fotografowałem to, co chciałem. I teraz to jest dokument.

 

Portret

Portret wykonywałem wtedy, gdy ktoś się uparł, ale raczej starałem się go do tego pomysłu zniechęcić. Jest Jerzy Puciata – brom, Zdzisław Nowak-Czarny – izohelia. Ale to były przypadki. Zdzisiu Nowak... Byłem u niego kiedyś w pracowni, a on mi mówi: – Musisz mi zrobić portret. Ja na to: – Zdzisiu, wiesz, że ja nie bardzo lubię. Na co on: – Jakoś zrobisz. I tak się stało. W zamian za to narysował moją karykaturę. A Łukasz Płotkowski. To taka charakterystyczna twarz z profilu. Też bardzo się nadawała do izohelii. Nie zawsze tak jest.

To były portretowe izohelie. Ale zdjęcia do „Sylwetek” też znakomite, czarno-białe i charakterystyczne. A Pan mówi, że to przypadek?
Tak. W latach siedemdziesiątych jakaś pani bardzo chciała mieć portret u mnie. Też się uparła. A potem rozpowiadała, że mam gdzieś ukrytą pracownię i fotografuję akty. Ja nigdy w życiu nie zrobiłem aktu! Bo ja się po prostu wstydzę (uśmiech).

 

Nie tylko fotografia

Życie to nie tylko obiektyw. Są też wokół istoty żywe, które wymagają zainteresowania i cierpliwości. Wiadomo, jak to z dziećmi. A to wywiadówka, a to lekcje, a to choroba... Ale jakoś udawało mi się to pogodzić.
A teraz... Zdrowie – jako tako. Pomysły na dalszą pracę twórczą – są! Jest ktoś, kto czuwa nad moją twórczością. Mówi mi: – Fotografować trzeba mniej, ale nie należy zaniechać pracy artystycznej.

Mówimy o Pana żonie – Pani Janinie?
(śmiech) Ja nie powiedziałem – kto, ale Pani odgadła. Żona to jest mój „motor” do działania. Wbrew pozorom, my nie rozmawiamy o rzeczach błahych. U nas ważna jest wspólnota domowa, współpraca związana z fotografią, zaufanie i porozumienie. Żyjemy na Osiedlu Tatrzańskim, otoczeni przez lasy. Przez bardzo miłych sąsiadów.

Macie Państwo dzieci, wnuki...
Tak, oczywiście. Bardzo chętnie rozmawiamy i odwiedzamy się wzajemnie.

Ale równocześnie macie własne życie i nadal ambicje artystyczne. Wspólne!
Właśnie!


Książka poświęcona Jerzemu Rieglowi (zredagowana przez Hannę Strychalską) ukaże się wkrótce jako czwarty zeszyt w serii Czytanki miejskie.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start