Alergia, zachwyt i gość z fujarką

Camerimage 2014 Camerimage 2014 Fot. Dariusz Gackowski

Międzynarodowy Festiwal Filmowy CAMERIMAGE niewątpliwie wielkim wydarzeniem jest. Ja jednak mam do niego stosunek ambiwalentny. Trochę jak do kotów – z jednej strony mam na niego alergię, z drugiej go uwielbiam. Już wyjaśniam dlaczego.

Alergia

Nigdy nie ukrywałem, że jestem fanem lokalnych inicjatyw. Tak, wiem, to bardzo popularna postawa – nie przeszkadza mi to. Przeszkadza mi natomiast fakt, że Camerimage z lokalnością nie ma nic wspólnego, o czym z pewnością przekonują się włodarze kolejnych miast (Toruń, Łódź, a teraz Bydgoszcz). Tak, jest to jeden z największych festiwali filmowych w Polsce i Europie, i z pewnością największy (bo chyba jedyny), który gloryfikuje nie aktorów czy reżyserów, a operatorów filmowych – ludzi, o których zazwyczaj nie myślimy oglądając film, ludzi, których nazwisk w czołówce często nie dostrzegamy. I za to chwała Markowi Żydowiczowi – dyrektorowi festiwalu – bo znalazł niszę i w modelowy wręcz sposób ją wykorzystuje. Nie zmienia to faktu, że poza wspomnianymi operatorami wykorzystuje ją głównie we własnym celu, pod przykrywką promowania marki (jaką niewątpliwie Camerimage jest) niezwykle skutecznie promuje samego siebie. Co więcej, mając świadomość swojej pozycji i pozycji marki, jaką stworzył, bez kozery wykorzystuje ją przenosząc swój festiwal tam, gdzie dadzą więcej. I tu pojawia się we mnie ów odczyn alergiczny.

Jak wspominałem na początku, Camerimage, poza tym, że od kilku lat odbywa się w Bydgoszczy, tak naprawdę z grodem nad Brdą nie ma nic wspólnego. Nie wyrósł na tej ziemi i obstawiam, że raczej w niej nie polegnie (czego mu zresztą nie życzę – ani tu, ani nigdzie indziej). Nie przeszkadza to jednak władzom Bydgoszczy dofinansować festiwal kwotą 2,5 miliona złotych rocznie przez najbliższe trzy lata. Ja wiem, że to gigantyczne przedsięwzięcie, które bez wsparcia finansowego miasta, w którym się odbywa, miałoby nieco mniejszy rozmach. Nieco, bo zobaczcie Państwo, ilu ten festiwal ma sponsorów, partnerów, wolontariuszy, miłośników gotowych poświęcić dla niego wiele. I tak sobie myślę, że gdyby podobną kwotę wpompować na przykład w taki Festiwal Prapremier, który jest przecież na wskroś bydgoski, to mogłoby się okazać, że w bardzo krótkim czasie mielibyśmy festiwal teatralny na poziomie europejskim, spokojnie dorównujący chociażby poznańskiej Malcie. Cóż jednak po moim pobożnym życzeniu, skoro nie od dziś wiadomo, że kino sprzedaje się znacznie lepiej niż teatr, więc raczej marne szanse, żeby szala finansowania z miejskiej kasy przesunęła się w stronę Melpomeny. Nie liczę specjalnie na to, ale sobie gdybam. Pozostawiając jednak gdybanie, chciałbym, żeby moje miasto rodzinne i region, w którym leży, zyskiwało na tym festiwalu jak najwięcej – tak finansowo, jak promocyjnie, a nie muszę chyba Państwu tłumaczyć, że z tym promowaniem się Bydgoszczy na zewnątrz bywa – mówiąc delikatnie – różnie. Wrócę do tego wątku pod koniec, bo teraz dla odmiany przyszedł czas na…

Zachwyt

Odstawiam na bok swoje dywagacje, cokolwiek teoretyczne, żeby oddać się duchowi festiwalu. A ten z roku na rok jest coraz bardziej niezwykły, fenomenalny, powalający. Co roku do Bydgoszczy zjeżdżają setki (tysiące?) ludzi z całego świata, by wspólnie celebrować kinowy tydzień. Tydzień, chyba jedyny w roku, w czasie którego Bydgoszcz mówi setką języków, jest kolorowa, wielorasowa, wielowyznaniowa i, co dla mnie najważniejsze, wielokulturowa. Uwielbiam ten jeden tydzień w roku, kiedy mogę chodzić na kilka filmów dziennie, a potem rozprawiać o nich z ludźmi z drugiego końca świata. Nie jest to trudne – wystarczy wejść do operowego bufetu, Landschaftu, Strefy czy Mózgu, by natknąć się na adeptów sztuki operatorskiej z całego świata, chętnych do rozmowy. I to naprawdę jest takie proste. Wystarczy rzucić zwykłe „Hi” i już łapiesz kontakt. Nie ma zadzierania nosa, nie ma wstydu, nie ma różnic majątkowych. Jest wspólna pasja – kino – która łączy w tzw. trymiga. Cudowne uczucie i rokrocznie fantastyczny tydzień, pełen nowych znajomości i świeżych, nierzadko przedpremierowych, filmowych doznań. Z tymi ostatnimi oczywiście bywa różnie, ale nie jest to wina organizatorów, a jedynie przemysłu filmowego, któremu przecież zdarzają się gorsze lata.

Swoją drogą, mam wrażenie, że właśnie miniony rok należał do tych gorszych, bo jakoś nie trafiłem podczas Camerimage 2014 na żaden film, który mógłbym nazwać wybitnym, a jedynie na kilka naprawdę dobrych (tu niewątpliwie prym wiodą polscy Bogowie, którzy w zaskakująco pozbawiony patosu sposób, w sposób wręcz rozrywkowy opowiadają historię Zbigniewa Religi i jego walki o przeszczep serca; oraz zdobywca Złotej Żaby – Lewiatan – który poza znakomitymi zdjęciami cechowała naprawdę świetna, tak prawdziwa, że momentami wręcz niemożliwa historia – słowem kawał przyzwoitego, rosyjskiego kina, które akurat poważam, więc mnie wciągnęło); kilka całkiem przyzwoitych (tu zdecydowanie oklaski należą się Furii, która również bez patosu – co w przypadku amerykańskiego filmu wojennego wydawać by się mogło wręcz niemożliwe – opowiada o załodze pewnego amerykańskiego czołgu walczącej po stronie aliantów w czasie II wojny światowej; oraz Psiemu Polu – Oniryce Lecha Majewskiego, który z pewnością jest filmem trudnym, napakowanym symbolami – miejscami wręcz przepakowanym – ale jest jednocześnie filmem wizualnie powalającym, filmem, o którym nieprędko się zapomina).

Jak zwykle w szwach pękała też dzień w dzień sala dokumentalna, na której dane mi było w tym roku poszybować do gwiazd (za sprawą niesamowitego Chopina w kosmosie), po czym – dosłownie, bo stało się to zaraz po – z wielkim hukiem rozbić się o polską glebę, czego sprawcą było Powstanie Warszawskie Jana Komasy – z jednej strony powalające od strony technicznej, z drugiej zaś okraszone nieznośnie rzewną historią, którą przez cały film słyszymy z tzw. offu (ten film mógłby być wybitnym dokumentem, a stał się fabularyzowanym gniotem – szkoda, ale ponoć nie wszyscy się ze mną zgadzają). Co rok niecierpliwie czekam również na retrospektywy wybitnych operatorów, i również w 2014 się nie zawiodłem (Lśnienie czy Mechaniczna pomarańcza na dużym ekranie naprawdę robią wrażenie, z którym nie może się równać nawet najlepsze kino domowe). Trochę zawiodłem się na jednym z moich ulubionych konkursów – wideoklipach – które w tym roku były wyjątkowo marne, ale summa summarum zwyciężyły te, które były nawet przyzwoite, więc ostatecznie wyszło nieźle. A poza tym widziałem całą masę reklam, i o tym właśnie będzie na koniec.

Gość z fujarką

Ci z Was, którzy uczestniczyli kiedykolwiek w projekcjach filmowych w ramach festiwalu Camerimage, wiedzą z pewnością, że każdy z nich poprzedzony jest całą serią reklam sponsorów, patronów i partnerów festiwalu. Co więcej, po/na każdej z tych reklam ludzie klaszczą. Początkowo trochę mnie to irytowało, ale ostatecznie przywykłem, myśląc, że to z jednej strony buduje festiwalową atmosferę przed pokazem, z drugiej zaś świadczy o tym, że widzowie te reklamy oglądają. Czasem pewnie jednym okiem czy uchem, ale częstotliwość spotów jest tak duża, że nie sposób je zignorować, co z kolei przekłada się na pewien marketingowy sukces, który jest przecież celem nadrzędnym reklamy.

Co ciekawe, niekwestionowaną gwiazdą Międzynarodowego Festiwalu Filmowego CAMERIMAGE 2014 był… gość z fujarką, pojawiający się w połowie spotu reklamowego Kujawsko-Pomorskiej Organizacji Turystycznej (Visitkujawsko-pomorskie.pl). Skąd ta popularność? Obstawiam, że stąd, że był on chyba najbardziej żenującą postacią najbardziej żenującego spotu reklamowego zeszłorocznego festiwalu (zaryzykuję, że wręcz kilku ostatnich festiwali, jeśli nie wszystkich). I tu wracam do zapowiedzianej promocji lokalnej, a konkretnie do koncertowego zmarnowania jej potencjału. Bo tak, z jednej strony mamy bardzo dobry dokument Bydgoszcz od świtu do zmierzchu, który wypełnił salę dokumentalną po brzegi, zbierając jednocześnie gromkie brawa i znakomite recenzje, z drugiej zaś oficjalny spot promujący nasze województwo przed KAŻDYM pokazem w Operze, Multikinie czy kinie Orzeł, spot tak zły pod każdym względem, że aż boli. I tu pojawia się pytanie: dlaczego on był taki zły? To znaczy ja wiem, dlaczego ludziom się nie podobał (choć to chyba złe słowo – on się nie tyle nie podobał, ile bawił ich swym biednym poziomem), bo był fatalnie nakręcony, fatalnie nagłośniony, pokazywał nasz region jako siedlisko wszechobecnej nudy i jedynym jasnym punktem faktycznie był blondas z fujarką i lisem u stóp.

Ja się pytam, dlaczego ktoś wyprodukował takie badziewie, żeby zaprezentować je kilkaset razy przed kilkutysięczną publicznością na jednym z największych festiwali filmowych w Europie? Nie czepiałbym się, gdybym wiedział, że nie stać nas na nic więcej, ale to nie jest prawdą. Pamiętam, bodaj sprzed dwóch lat, naprawdę przyzwoity, animowany spot KPOT, wiecie, ten, w którym na naszych oczach linia obrysowuje całe województwo, zaznaczając na tej „mapie” co ciekawsze miejsca. Nie mówię, że była to animacja na miarę Shreka, ale wstydu nie było. W tym roku był, bo pytałem kilku „zagranicznych”, czemu oni tak klaszczą temu blondynowi z fujarką. Odpowiedzi były identyczne: „On jest tak biedny, że mu się należy”. I tak oto kujawsko-pomorski grajek o złocistej czuprynie został gwiazdą Camerimage 2014. Ciekawe, jakiego bohatera wypromujemy za rok?

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start