Osobiście i szczerze

Osobiście i szczerze Ilustr. Małgorzata Żwikiewicz

Z Małgorzatą Żwikiewicz i Pawłem Wiśniewskim z zespołu Blackberry Hill rozmawia Marcin Szymczak.


19 grudnia ukaże się kolejny album nagrany w ramach projektu „Pierwsza płyta”, realizowanego przez Pracownię Muzyki w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. Będzie to wydawnictwo duetu Blackberry Hill, zatytułowane I Lied To The Rain. Tego samego dnia grupa zagra również koncert, na którym premierowo zaprezentuje ten zupełnie świeży materiał. Nam Małgorzata Żwikiewicz i Paweł Wiśniewski opowiedzieli, jak to wszystko się zaczęło, dlaczego ich piosenki są smutne i skąd się wzięła nazwa Blackberry Hill.

Zacznijmy od początku. Jak doszło do powstania Blackberry Hill i skąd pomysł na nazwę zespołu?
M.Ż.: Zanim zaczęliśmy tworzyć razem, znaliśmy się już od dłuższego czasu. W końcu stwierdziliśmy, że skoro oboje zajmujemy się muzyką, możemy spróbować zrobić coś wspólnie. Nie było sprecyzowanej wizji, raczej zabawa w robienie piosenek. Bardzo się w to zaangażowaliśmy i chcieliśmy pójść z tym nieco dalej.
P.W.: Nazwa nawiązuje do jednego z utworów naszej ulubionej wokalistki, Laury Marling. Wnikliwych zachęcamy do zapoznania się z jej twórczością.

Zaczynaliście jako duet, jednak na koncertach i płycie pojawiają się dodatkowi muzycy. Powiedzcie, kogo oprócz was usłyszymy na albumie i na ile te osoby są częścią Blackberry Hill?
P.W.: Wspomniani muzycy to zazwyczaj nasi przyjaciele. Mamy skład koncertowy, w którym grają Asia Olczyk na wiolonczeli, Wojtek Chmielewski na basie, ukulele i mandolinie oraz Marcel Witkowski na perkusji. Do nagrania płyty zaprosiliśmy również basistę Piotra Szczepańczyka, wokalistę Michała Skoczka i puzonistę Dawida Kalickiego. Jeden z realizatorów nagrania, Jędrzej Rochecki, również wspomógł nas, nagrywając partię skrzypiec. Na płycie Blackberry Hill to duet, jednak podczas koncertów jesteśmy pięcioosobowym zespołem, w którym każdy ma równy wkład w brzmienie.
M.Ż.: Na albumie zaczęliśmy też więcej eksperymentować z brzmieniami elektronicznymi, traktowanymi głównie jako uzupełnienie utworów, choć w niektórych z nich pełnią bardzo ważną rolę. Chcemy używać tych efektów także na koncertach, ale na pewno nie będziemy zupełnie odcinać się od akustycznego grania.

Album I Lied To The Rain to wasz pełnowymiarowy debiut. Jakie są proporcje między piosenkami napisanymi specjalnie na to wydawnictwo a tymi, które znalazły się na wcześniej dostępnej epce?
M.Ż.: Nagraliśmy tylko jeden numer z epki. Mieliśmy lepszy pomysł na wydobycie jego charakteru. Wpadliśmy na to grając ten utwór na koncertach. Bardziej minimalistyczny aranż, surowe nagranie i piosenka jest jak nowa. Reszta to premierowe kompozycje plus jeden cover (Bluebells Patricka Wolfa).
P.W.: Nowe utwory są na pewno o wiele dojrzalsze muzycznie i tekstowo. Epka były zabawą w tworzenie piosenek i ich aranżowanie. Teraz wiemy już, czym to pachnie, i stawiamy bardziej zdecydowane kroki.

Muzyka Blackberry Hill jest bardzo nastrojowa i melancholijna. Teksty układają się w swego rodzaju opowieść o zagubieniu w świecie uczuć. Paweł pisze melodie, do których pasują takie, a nie inne słowa, czy Gosia przynosi teksty, które trudno oprawić w weselsze dźwięki?
M.Ż.: Czasami piszę pod muzykę Pawła, czasami on dogrywa coś do moich tekstów. Prawda jest taka, że w każdej melodii, jaka by nie była, dopatrzę się czegoś nostalgicznego. Mamy na płycie utwór, który brzmi bardzo pozytywnie, a słowa mówią o dramatycznym rozdarciu wewnętrznym. Uważam, że czasem może to dobrze współgrać, uzupełniać się, nadawać nowy charakter i muzyce, i tekstowi.
P.W.: Faktem jest, że oboje uwielbiamy melancholijną muzykę i nieraz zdarzało się, że mieliśmy pomysły, które mogły przerodzić się w bardzo pozytywne utwory, ale potem pojawiała się koncepcja zasmucenia melodii, która ostatecznie wygrywała. Możecie nam dać do zagrania najweselszy utwór świata, a my znajdziemy sposób, żeby go zasmucić.

Wszystkie piosenki są zaśpiewane po angielsku. Dlaczego?
M.Ż.: Zaczynałam od pisania po polsku, ale zmieniło się to w momencie, gdy wymyśliłam piosenkę, która bardzo mi się podobała. Problem polegał na tym, że coś w niej nie grało, nie umiałam zupełnie ubrać jej w słowa, traciła cały urok, który miała w mojej głowie. Przetłumaczyłam ją na angielski i to było właśnie to, czego szukałam. Zresztą ten utwór znalazł się na naszej nowej płycie, pod tytułem Bittersweet Slavic Girl. Chyba nikt nie zaprzeczy, że brzmi lepiej niż Słodkogorzka słowiańska dziewczyna. Nie zmienia to faktu, że chciałabym napisać parę piosenek po polsku, to daje nieco inne możliwości.

Nagrywaliście w ramach projektu „Pierwsza płyta”, który gwarantuje pełną wolność artystyczną. Nikt nie narzucał wam swojej wizji. Całość, od muzyki, poprzez teksty, na oprawie plastycznej kończąc, to wasza wizja. Macie poczucie, że udało się dobrze wykorzystać tę okazję? Jesteście w pełni zadowoleni z efektu końcowego?
P.W.: Oboje jesteśmy indywidualistami, co nie ułatwia współpracy. Mieliśmy dokładną wizję dotyczącą brzmienia oraz wyglądu płyty i staraliśmy się nią zarazić osoby, z którymi pracowaliśmy. Nagrywając materiał daliśmy z siebie wszystko. Nie można też zapomnieć o realizatorach, którzy nieraz zostawali z nami po godzinach, dopracowując nagrania. Wydaje się nam, że wykorzystaliśmy okazję najlepiej, jak tylko mogliśmy. Efekt końcowy nie jest jeszcze na takim poziomie, do którego dążymy, ale jest ogromnym krokiem naprzód.
M.Ż.: Wydaje mi się, że to dla nas okres przejściowy, w którym szukamy swojego brzmienia i stylu, więc ta płyta jest pełna eksperymentów i różnych pomysłów, ale myślę, że udało nam się stworzyć z nich spójną całość.

19 grudnia pokażecie I Lied To The Rain światu. Tego samego dnia zagracie premierowy koncert w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. Bądźcie przez chwilę adwokatami we własnej sprawie i powiedzcie, dlaczego warto włożyć waszą debiutancką płytę komuś bliskiemu pod choinkę?
M.Ż.: Płyta będzie ciekawie wydana, więc warto ją nabyć nawet dla samej warstwy wizualnej (uśmiech). Jak już wspomniałeś, całość jest zrobiona wyłącznie przez nas. W książeczce znajdziecie tekst każdej z piosenek i grafikę specjalnie do niej stworzoną.
P.W.: Wydaje mi się też, że jest to jedna z tych płyt, na których z każdym przesłuchaniem można odkryć coś nowego. Na pewno w nietypowy sposób połączyliśmy tradycyjne instrumenty, takie jak mandolina czy wiolonczela, z nietypowym brzmieniem pstrykania nakrętki od napoju czy fortepianu użytego jako efekt elektroniczny. Warto też poznać emocje towarzyszące utworom. Nie są to przypadkowe piosenki napisane po to, żeby ktoś się dobrze bawił w klubie, a bardzo osobiste i szczere przemyślenia.

Działy:
Marcin Szymczak

Marcin Szymczak

Polonista, dziennikarz radiowy (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start