Wyczekiwany koniec wakacji

Marcin Szymczak Marcin Szymczak Fot. Jakub Szymczak

Zdarzało się tego lata, że zgłaszałem (moim zdaniem uzasadnione) zastrzeżenia dotyczące nieludzkich wręcz upałów i deklarowałem tęsknotę za zdecydowanie rozsądniejszą, jesienną aurą. Sugerowano mi wówczas, że jestem jednym z tych, którzy narzekanie na pogodę mają we krwi i wkrótce będę marudził jak bardzo mi zimno. Otóż nie. Być może zostałem wykonany na skandynawskich podzespołach, ale gdy termometr pokazuje dwadzieścia stopni poniżej zera, czuję się jak Szwed w Ikei. Natomiast temperatury i wilgotność rodem z tropików skutecznie zmieniają mnie w bezużyteczny i nieestetyczny wór materii pochodzenia organicznego. To dlatego niezmiernie cieszy mnie koniec wakacji. Słupek rtęci zwykł opadać wówczas do poziomu, pozwalającego mi na sprawne funkcjonowanie. Doceniam również fakt, że młodzież na powrót zasiedla szkolne ławy, zamiast masowo obsiadać niezliczone miejsca użyteczności publicznej niczym gołębie lub inne ptactwo. Nierzadko zresztą robiąc więcej hałasu oraz szkody, o każdej porze dnia i niestety nocy.

Tymczasem z początkiem września wszystko wraca na swoje miejsce. Młodzież do szkół, rtęć w rurce w okolice 18-20 stopni ustanowionych przez pewnego Szweda imieniem Anders, a koncerty, spektakle teatralne i seanse filmowe do odpowiednich, nierzadko bardzo komfortowych, zadaszonych pomieszczeń. Żeby uniknąć nieporozumień, spieszę wyjaśnić, że lubię zażywać kultury w plenerze. Umiejętny dobór miejsca takiego „zewnętrznego” wydarzenia, daje czasami efekty niezwykłe. Podkreśla, uwypukla, bywa, że dodaje zupełnie nowych barw przedsięwzięciu. Niestety zdarza się również, że coś staje na przeszkodzie i misternie zaplanowana całość sypie się niczym przysłowiowy domek z kart. Dlaczego?

Pierwszym i najbardziej oczywistym powodem okazuje się, wzmiankowana już pogoda. Artysta słaniający się na nogach i omdlewająca, wymagająca natychmiastowej pomocy medycznej publiczność? W porządku jeśli to wszystko z nadmiaru artystycznych wrażeń, gorzej gdy sprawcą jest prażące bez opamiętania słońce. Poza tym zawsze można liczyć na niespodziewane oberwanie chmury czy grad wielkości golfowych piłeczek. Nie zapominajmy o wichurze zdolnej porwać namiot akustyka, nierzadko z zawartością. Wymienione atrakcje mogą się ze sobą łączyć, zapewniając widzom niezapomniane chwile oraz skutecznie niwecząc szlachetne wysiłki organizatorów i wykonawców.

Załóżmy jednak, że warunki meteorologiczne nam sprzyjają. Wówczas do głosu dochodzi, równie nieprzewidywalny i niosący liczne zagrożenia, czynnik ludzki. Tu lista potencjalnych problemów i katastrof jest zdecydowanie dłuższa i bardziej różnorodna. Oczywiście wiele z nich równie skutecznie dokona dzieła zniszczenia w przybytkach przeznaczonych kulturze. Są jednak i takie, których występowanie w plenerze jest częstsze i bardziej uciążliwe. Jedno z czołowych miejsc na mojej prywatnej liście czynników zakłócających imprezy pod chmurką od lat należy do „spotkań po latach”. Wprawdzie nigdy nie mam pewności co do tego, jak dawno nie widziały się osoby, które właśnie podczas kameralnego koncertu na skwerze czy w parku, wpadły na siebie, ale stopień wylewności i liczba ważkich tematów do omówienia każe mi podejrzewać, że od ostatniego spotkania minęła co najmniej dekada. Nabieram również pewności co do znacznej utraty słuchu rozmawiających będącej z pewnością efektem ciężkiej pracy w szkodliwych warunkach, od której wytchnieniem miał być właśnie trwający koncert światowej sławy lutnistki. Im głośniejszy fragment gra artystka, tym bardziej emocjonalna staje się wymiana zdań między złaknionymi siebie nawzajem znajomymi, co bez pudła poznaję po natężeniu ich dźwięcznych głosów. Pomyślcie jeszcze tylko o jednym. Do ilu podobnych spotkań może dojść podczas godzinnego koncertu?

Podobne przykłady można mnożyć, ale niewiele w tym sensu. Zwłaszcza, że regularną działalność w swoich murach wznawiają właśnie, po letniej przerwie, instytucje kultury. Pozostaje czekać na kolejne koncerty w Filharmonii Pomorskiej, obserwować jak zmienia się Teatr Polski pod nową dyrekcją, odwiedzać galerie, kina i sale koncertowe. To tam, w umiarkowanej temperaturze, bez wody kapiącej na głowę, siedząc na mniej lub bardziej wygodnym krześle jestem w stanie cieszyć się pełnią artystycznych wrażeń. Oby było ich jak najwięcej i jak najwyższej jakości. Czego życzę i Państwu, i sobie. Do zobaczenia. 

Działy:
Marcin Szymczak

Marcin Szymczak

Polonista, dziennikarz radiowy (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start