Zobaczyłem nowe rzeczy

Marcin Zdrojewski, instalacja w Gryfie, 2013 Marcin Zdrojewski, instalacja w Gryfie, 2013

Z Marcinem Zdrojewskim uczniem bydgoskiego plastyka rozmawia Monika Grabarek.

Twoje działania artystyczne wychodzą daleko poza ramy programu szkolnego. Gdzie był ich początek?
Wszystko zaczęło się od mojej zajawki kulturą hiphopową. Już w podstawówce zacząłem jeździć na deskorolce i zwracałem uwagę na to, co się dzieje na ulicy. Potrafiłem rozszyfrować niektóre ksywki na murach, zapamiętywałem ich styl, ale wtedy jeszcze nic swojego nie rysowałem. Obserwowałem starszych kolegów, to jak się ubierają, dopiero pod koniec szkoły podstawowej zaczęła kiełkować jakaś świadomość, pojawiły się pierwsze szkice liter, napisów i okazało się, że to zaczyna być takie moje. Ale o malowaniu jeszcze wtedy w ogóle nie myślałem, to była dla mnie zupełna abstrakcja. Wróciłem do deskorolki i na początku gimnazjum każdy piątek spędzałem w skateshopie Front na Dworcowej, spotykałem tam ludzi o takich samych zainteresowaniach i od tego się wszystko zaczęło. Moją przygodę z malowaniem liczę od mojej jednej z pierwszych prac, to były najpierw same litery. Potem zaczęły się pojawiać inne rzeczy w miarę jak nabywałem nowych umiejętności.

Kiedy pojawiła się u Ciebie myśl o plastyku?
To była końcówka drugiej klasy gimnazjum, trzeba było już myśleć, co dalej i ja stwierdziłem, że pójdę do plastyka. Tak chyba musiało być, po prostu. Pamiętam, jakim szokiem były dla mnie pierwsze zajęcia plastyczne przygotowujące do egzaminów tu w szkole. Dowiedziałem się, że świat nie ma konturu, że kolory też nie są takie jak mi się wydaje… To zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Potem przygotowałem teczkę z pracami i zdałem do szkoły.

Jak trafiłeś pod skrzydła Marcina Płocharczyka?
Kumpel ode mnie z ekipy, z którym malowałem, jest z Marcinem spokrewniony, więc poszliśmy razem do MDK-u, chcieliśmy coś namalować. Zrobiliśmy najpierw jedną, potem drugą i trzecią ścianę. Byłem wtedy jeszcze w gimnazjum i zacząłem poznawać chłopaków, którzy robią murale. To, że mogłem obserwować ich przy pracy chyba również przyczyniło się do tego, że poszedłem do plastyka. Wcześniej czułem się młodym writerem, który chce coś tam po sobie pozostawić w mieście, ale właśnie poprzez powstające murale poczułem coś innego i też zacząłem szukać nowych możliwości. Zobaczyłem nowe rzeczy, wcześniej były tylko litery, a tu nagle ktoś przyjeżdża i robi abstrakcyjne obrazy. To mnie zafascynowało. Nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na charaktery, czyli na postacie, dopiero jak zobaczyłem murale, to zobaczyłem ich sens.

To były początki, a teraz pomimo bardzo młodego wieku na swoim koncie masz już sporo sukcesów. Ostatni to mural projektu Doroty Podlaskiej przed Mózgiem, który zrealizowałeś. Co jeszcze możesz wpisać do swojego artystycznego CV?
Przede wszystkim jedną z najważniejszych rzeczy to była wystawa płócien. Półtora roku przygotowywałem się do tego. Bardzo chciałem, by ta wystawa odbyła się w Bydgoszczy, ale żadna galeria się nie zgodziła. Postanowiłem napisać maila do Warszawy z przekonaniem, że na pewno się nie zgodzą, bo to bardzo ważna street artowa galeria. Odpowiedzieli mi, że wstępnie jest OK, ale mam się odezwać za miesiąc. Poczekałem miesiąc i marzenia się spełniły. Wernisaż odbył się 5 października 2012 roku. Zostałem również zaproszony do Pragi, do galerii, która wystawia prace na zewnątrz, w zamkniętych przeszklonych boksach. Mam na swoim koncie przeróżne projekty z Ośrodkiem Działań Kulturowych Las, akcje na Londynku, parę większych ścian w Bydgoszczy. Ostatnio w Gryfie zrobiłem jeden z większych pokoi sam.

Opowiedz o realizacji ściany przed Mózgiem. To było chyba wielkie wyzwanie, mimo Twojego doświadczenia?
Może zacznę od warunków pogodowych. Były wyjątkowe nieprzyjazne do pracy. To był listopad, późna jesień, więc bardzo zimno, do tego krótki dzień, o 16 robiło się już ciemno. Od zmierzchu ja już totalnie nie widziałem kolorów. Wcześniej przygotowałem sobie projekt każdej postaci z przydzieloną jej grupą kolorystyczną, to bardzo ułatwiło mi pracę. Okazało się, że wszystko wyszło dobrze, autorka projektu jest zadowolona z końcowego efektu, ja też. To była naprawdę ciężka praca, spędzałem po kilkanaście godzin na rusztowaniu. Dodatkowym wyzwaniem była stylistyka projektu, musiałem pilnować by oddać jego malarskość, on się jednak różni od typowego street artu. Nawet miałem paletę i mieszałem kolory by oddać jak najwierniej zamysł artystki.

A jakie są Twoje inspiracje, gdzie ich szukasz, kto dla Ciebie jest mistrzem?
Na pewno źródłem inspiracji jest dla mnie twórczość innych, znajomych i nieznajomych, to, co stale oglądam. Oczywiście również klasycy, Malczewski, Rembrandt, Bacon, Mucha, Wojtkiewicz. Bardzo lubię tę wolność, którą daje praca na zewnątrz, to, co dają mi ściany. Zamknięte pomieszczenie, tak jak w Gryfie, swoją formą już coś narzuca. Ale z kolei wtedy jesteś sam i nikomu nie przeszkadzasz, a na zewnątrz – z tym wiążą się ograniczenia w postaci innych ludzi. Zastanawiam się często, jak będzie wyglądało miasto na przykład za dziesięć lat. Może już wtedy nie będzie murali? Nie wiem.

Na zakończenie powiedz kilka słów o swoich planach…
Jestem w maturalnej, dyplomowej klasie, więc przede mną matura, dużo pracy, wybór uczelni – to najbliższa przyszłość. Więcej nie chcę mówić o swoich planach, zobaczymy…

Działy:
Monika Grabarek

Monika Grabarek

Pedagog, dziennikarka radiowa (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start