Spoza układu (1)

Tomasz Kaźmierski Tomasz Kaźmierski

20 PlusCamerimage Festival za nami i można wysnuć kilka refleksji. Nie mam kronikarskiego obowiązku dokonywać rzetelnego podsumowania, zatem będzie parę uwag ogólnej natury. Trochę już przyzwyczailiśmy się do tej imprezy w Bydgoszczy. Gdy kiedyś festiwal odbywał się w Toruniu, później w Łodzi, doniesienia festiwalowe były tak sensacyjne, że trudno było uwierzyć, że to wszystko dzieje się zaledwie kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, w przypadku Łodzi, od nas. W ogóle ten festiwal na tle innych polskich imprez, jeszcze kilka lat temu, jawił się jako wydarzenie nie do końca realne. Byłem na dwóch czy trzech edycjach toruńskich i minąć się na holu UMK z Jeremym Ironsem było dość mocnym przeżyciem. A dziś?

Narzekamy, bo Keanu Reeves już był, Schumacher jest co roku, Lynch też już był, a Gus van Sant, „no, niszowy trochę jest”. Nie. Tak nie powinniśmy myśleć. Kraj się zmienia, wyrosły inne bardzo dobre imprezy, ale jednak jeśli chodzi o film to nadal PlusCamerimage pozostaje numerem pierwszym. To, co dzieje się w programach informacyjnych przez festiwalowy tydzień bardzo dobrze wpływa na kulejący wizerunek Bydgoszczy. Dobro marki festiwalu spływa na miasto. Twórca Blue Velvet prowadzi pociąg z PESY? Tak. Proszę bardzo. W Bydgoszczy. Wiadomo, dla hotelarzy, restauratorów czas festiwalowy to złote żniwa. Ba! Podczas tegorocznej edycji powstał naprzeciwko Opery Nova klub Landschaft zwei+, ze świetnym wystrojem, fajną atmosferą, którą wiadomo – tworzą ludzie. To jest ożywcze. Bydgoszczanie zagłosowali nogami. W poniedziałek, czyli trzeciego dnia PlusCamerimage nie było już kart wstępu na seanse w Operze Nova, zostały wykupione. Przy próbie zdobycia biletów do sal Multikina, np. w przypadku filmu Moonrise Kingdom, też trzeba było odejść z kwitkiem. Musimy tylko pomyśleć, jak spowodować, by festiwal mocniej rozlał się w kalendarzu, związał z miastem. By pod tą marką częściej działo się coś w Bydgoszczy. To zadanie dla twórców festiwalu, lokalnych środowisk i urzędników. Zatem, bądźmy świadomi, ile na ten festiwal wydajemy z miejskiej kasy i starajmy się uzyskać maksymalne korzyści. To uwagi ogólne, a co z filmami? Mam wrażenie, że tym razem nie zachwyciły filmy zagraniczne. Nic nie rzuciło na kolana, a było co najwyżej „w miarę dobre”. Choć jeden film, laureat srebrnej żaby, Holy Motors Leosa Caraxa zasługuje na uwagę. To nieco archaiczne kino surrealistyczne, sfotografowane jak zwykły film. Opowiada o człowieku, który limuzyną objeżdża różne punkty w mieście wcielając się w przedziwne postaci: ojca dorastającej córki, straszliwego trola-skrzata, babcię-żebraczkę, umierającego bogacza czy wojownika oplecionego czujnikami na nowoczesnym planie filmowym greenscreen przenoszonego jednocześnie w rzeczywistość wirtualną. Film w kinie stawiał opór, nieco męczył, ale zafrapował najbardziej z całej festiwalowej oferty. Szczególnie dowcipnym zakończeniem, ale wydźwięk pozostaje jak najbardziej poważny. Co przedziwnego zrobić w życiu, które jest tak krótkie, by je lepiej poczuć, rozepchać się w nim łokciami, zintensyfikować przeżycia, namnożyć ich na tyle by przez mnogość doznań, bodźców zbliżyć się do namiastki nieśmiertelności, nie godzić się na przemijanie? Obraz Caraxa to dzieło w miarę otwarte, zatem pewnie odczytań będzie tyle, ilu widzów, gdyż inna ścieżka interpretacji może nas wieść przez mroczny las kryzysu tożsamości. Druga budująca sprawa – kino polskie. Wreszcie, czy może: znów, po kilkunastoletniej przerwie, pojawił się wyraźny głos. Polskie kino ma charakter, ma historie, świetnych młodych aktorów, nie wspominając o operatorach. Z całą odpowiedzialnością można polecić: Obławę, Pokłosie, Jesteś Bogiem, Supermarket, Zabić bobra, Yumę. A przecież w nie było w tym roku filmu Smarzowskiego! Jest zatem naprawdę nieźle – i z festiwalem, i z kinem polskim.

Nie kończymy jeszcze z kinem, choć teraz kilka słów o nowej płycie Artura Maćkowiaka Take Away. Już od pierwszej kompozycji uderza narracyjność i ilustracyjność tych kompozycji. Ma Artur do tego talent i powinien solowo iść właśnie w tym kierunku. Zresztą filmowcy już to docenili i mu zaufali – zrobił muzykę do m.in. Kaskady Darka Gackowskiego, Tu było kino i Homestay Krzysztofa Nowickiego. Tego materiału słucha się naprawdę dobrze, nagrano to bez pośpiechu, bez zadęcia, bez dorabiania koncepcji. Filmowcy powinni częściej sięgać po talent Artura. Ciekawie wypadła też melorecytująca Danka Milewska. Kolejna dobra bydgoska płyta.

Podobnie jest w przypadku nowego albumu 3moonboys. Przepraszam, że zaczynam od okładki, ale każdy kto ją zobaczy, stwierdzi, że warto od niej rozpocząć. Muzyka księżycowych dość wyraźnie się ostatnio zmieniła. Nie ma już miejsca na zawodzenie do nomen omen księżyca. Kompozycje swą zwarte. Panuje surowsza atmosfera. Pojawiła się większa doza syntezatorowej elektroniki. Jest zdecydowanie dynamiczniej i mocniej. Chłopacy mają swój charakter pisma, dlatego nie będę silić się na porównania do jakiejkolwiek formacji. Są też emocje. Tryskają najbardziej w utworze Lamer. Płyta ma tylko 33 minuty i bardzo dobrze – percepcja odbiorców skurczyła się z czasem od wymiaru longplaya do epki. Mocna pozycja w dorobku, lepsza od poprzedniej, a to jest bardzo istotne.
A co tam zagranicą? Sporo się dzieje, ale chciałbym zwrócić uwagę zwłaszcza na przedziwne przedsięwzięcia Madliba czyli Otisa Jacksona juniora, człowieka który pewnie już gubi się w swoich pseudonimach i wcieleniach. To producent i muzyk, który ma świra na punkcie chorych podkładów hip-hopwych, jazzu, reagge, wczesnego disco, funku i wielu innych brzmień. Stwierdził, że wyda zestaw 12 płyt. Jedna płyta na miesiąc. I tak zrobił. Niektóre albumy to produkcje, inne to sety z ciekawą selekcją. Wszystko razem nazwał Medicine Show. The Brick. Cały zestaw się nie broni, ale jest kilka perełek: album nr 3 czyli Afryka wg Madliba, album nr 4 to podróż przez zadymiony świat reggae, album nr 7 i 8: poruszamy się jazzowym wehikułem czasu i najlepszy album nr 10, gdzie Madlib uchwycił moment przeradzania się funku w disco. Gorąco polecam.

Skupiłem się zwłaszcza na kinie i muzyce. Gdy ktoś sięgnie po rekomendowane powyżej albumy, na pewno umili sobie mroźne styczniowe wieczory. Nie zapominamy też o dobrych filmach i doceńmy to, że mamy wreszcie w Bydgoszczy kino studyjne, a w nim obrazy, których nigdy nie zobaczymy w cuchnących prażoną kukurydzą przybytkach. No, chyba, że podczas pokazów specjalnych w ramach kolejnej edycji Festiwalu PlusCamerimage.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start