Plus Camerimage 2012 – inny wymiar emocji

Pierwszego grudnia zakończyła się jubileuszowa, bo 20. już edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Plus Camerimage. Mimo (prze)długiej nazwy, której chyba nikt nie zna w całości, festiwal był to niezwykle udany – pełen emocji, informacji, zabawy i przede wszystkim filmów.

Przyznaję, że tegoroczny festiwal Marka Żydowicza był pierwszym, w którym udało mi się tak intensywnie uczestniczyć. Owszem, w latach ubiegłych, kiedy to Plus Camerimage zawitał do Bydgoszczy korzystałem z tanich pokazów w Multikinie i zdarzało mi się zabalować z jego pojedynczymi uczestnikami. W tym roku było inaczej. Udało mi się zdobyć akredytację na całość i postanowiłem ją wykorzystać w pełni. Czym to się skończyło? Ano bitym tygodniem w operze, oglądaniem kilku filmów dziennie i conocną zabawą – niekoniecznie w klubie festiwalowym. No ale zacznijmy od początku…

A na początku była gala otwarcia. I tu spotkał mnie pierwszy zawód (nie bójcie się, nie było ich tak wiele, więc nie będę specjalnie marudny w tej relacji). Otóż razem z naczelnym Radia Kultura stawiliśmy się w operze grzecznie – jakieś pół godziny przed startem. Spodziewaliśmy się, że ludzi będzie sporo, więc doświadczeni życiem chcieliśmy zawczasu zająć dobre miejsce. Niestety, okazało się, że najpierw na salę wchodzą goście z numerowanymi zaproszeniami, a dopiero potem wszystkie akredytowane osoby. „Nic to – pomyśleliśmy – poczekamy chwilę i zaraz jesteśmy w środku”. I tu zaskoczenie – okazało się bowiem, że w sumie zaproszeń i akredytacji jest o wiele więcej niż miejsc. Ja rozumiem, że na takie fety nie przychodzą wszyscy zaproszeni, ale przeszacowanie ilości wejściówek o dobrych kilka setek to chyba lekka przesada. Na szczęście dość szybko z Szymonem zorientowaliśmy się, w czym rzecz i powołując się na fakt, że MCK jest partnerem festiwalu jakoś udało nam się dostać na widownię. W sumie to mieliśmy nawet całkiem niezłe miejsca. Zawdzięczaliśmy je jednak wyłącznie naszej zaradności i – bądźmy szczerzy – bezczelności. Komu jej zabrakło, musiał siedzieć na schodach. No ale dość już marudzenia…

Sama gala otwarcia była raczej przewidywalna. Prowadziła ją – dość drętwo, moim zdaniem – Grażyna Torbicka wspomagana bardzo sprawnym tłumaczem. Oczywiście na scenie pojawił się sam Marek Żydowicz i najważniejsi goście z Davidem Lynchem i Keanu Reevsem na czele. Ten ostatni dwie godziny później zaprezentował światu po raz pierwszy swój najnowszy film – dokument Side by Side – poświęcony technice kręcenia filmów, zanim jednak do tego doszło musiał kilkakrotnie zrobić za festiwalową „małpkę” powtarzając za prowadzącą trudne polskie nazwy konkursów oraz mówiąc wielokrotnie słowo „Zapraszam”. Tani to chwyt niezwykle, ale sądząc po reakcji rozbawionej publiczności – skuteczny. Cóż, widać nawet na tak poważnym – było nie było – festiwalu muszą pojawić się elementy cyrkowe. Pal to licho – przeżyłem i chyba nawet klasnąłem ze dwa razy. Generalnie: gala, jak gala – było wzniośle, jubileuszowo, trochę muzycznie i ciasno. Festiwal tak naprawdę zaczął się później.

Trzeba przyznać, że znakomitym patentem była projekcja wspomnianego wcześniej Side by Side jako pierwszego filmu festiwalu. Takim laikom w dziedzinie operatorki jak ja ten dokument z pewnością otworzył nieco oczy na fakt, jak istotnym elementem całego filmu są zdjęcia, na które często (ślepo zagapieni w fabułę) kompletnie nie zwracamy uwagi. A przecież film to przede wszystkim obraz i o tym właśnie jest ten festiwal! Ja dzięki tej projekcji zmieniłem swoje postrzeganie ruchomych obrazów, co miało o tyle istotne znaczenie, że przecież czekał mnie bity tydzień w kinie.

Nie będę Wam opisywał filmów, które widziałem podczas Plus Camerimage 2012, bo widziałem ich tyle, że BiK-u by nie wystarczyło. Wspomnę jedynie, że były wśród nich takie perełki jak Bestie z południowych krain, Imagine, Zabić bobra czy jeden z najdziwniejszych filmów, jakie widziałem w życiu, czyli Holy Motors. Ale były też tak koszmarnie nudne, jak Atlas chmur czy przeciętne filmy o niczym, jak Hyde Park on Hudson. Były też filmy wizualnie piękne (i tu moim faworytem jest Życie Pi). Słowem – dla każdego coś miłego. I bardzo dobrze, wszak po to są takie imprezy, żeby pokazać możliwie jak najszerszą perspektywę filmowych produkcji. Oczywiście największą wartością tego typu festiwali jest fakt, że bardzo często przed/po projekcją publiczność ma szansę porozmawiać o danym filmie z jego twórcami – takie rzeczy nie zdarzają się co dzień. A twórców tych było wielu. Bardzo wielu. Kończąc już wątek czysto filmowy dodam, że dla mnie największą wartość miały filmy dokumentalne, które widziałem przez ten tydzień. Oczywiście i tu nie wszystkie były genialne, ale sam fakt, że miały one swoją osobną salę projekcyjną, na której przez cały tydzień puszczano obrazy, których próżno szukać nie tyle w TV, co nawet w sieci (sic!) zasługuje na wielką pochwałę. Znów nie będę rozdrabniał się na pojedyncze tytuły, dodam jedynie, że w ciemno polecam Wam wszystkie filmy Stevena Okazaki, a moim równolatkom (czyli Czytelnikom w okolicach trzydziestki) również This Ain’t California, czyli niemiecki dokument (fabularyzowany) o pierwszych skate’ach w NRD. Ciekawa rzecz…

No dobrze, ale miałem nie pisać o filmach, a o atmosferze festiwalu. A ta była iście niesamowita. Przyznam się Wam, że generalnie szwendam się dużo po najróżniejszych festiwalach czy imprezach kulturalnych i na chwilę obecną – pod względem atmosfery właśnie – Plus Camerimage jest chyba najlepszym, na jakim byłem. Zacznę od liczb: 650 gości specjalnych (to właśnie ci twórcy, o których wspominałem wcześniej) i ponad tysiąc studentów z całego świata. I wszyscy głodni filmów, wiedzy, rozmów i dobrej zabawy. Cudownie było patrzeć, jak każdego dnia ci wszyscy ludzie coraz bardziej zbliżają się do siebie, jak dystans na linii Bardzo Znany Reżyser – Zwykły Widz skraca się z każdą godziną. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z brakiem szacunku, którego wysoki poziom dało się obserwować na każdej z pogadanek, wykładów czy warsztatów, których przecież nie brakowało. Przeciwnie – szacunek do sztuki filmowej przepełniał wnętrza Opery Nova, jednak był on pozbawiony patosu, uniżenia, bicia pokłonów. To było coś na zasadzie: „Widziałem Twój ostatni film. Był znakomity/słaby/przeciętny. Może porozmawialibyśmy o nim przy piwie?”. I nikogo to nie raziło. Jak dla mnie – bomba.

OK, skoro doszedłem już do piwa, to pociągnę wątek okołofestiwalowych imprez. A tych było dużo… Bardzo dużo… Za dużo(?). Zacznę znów jednak od małego maruda – otóż tegoroczny klub festiwalowy, czyli Egoist, był chyba największą wtopą tego festiwalu. Jak nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby tak bezpłciowe wnętrze z jeszcze bardziej bezpłciową muzyką stało się (w założeniu przynajmniej) klubowo-imprezową wizytówką Bydgoszczy dla gości z całego świata, ale był to pomysł ze wszech miar fatalny! Na szczęście wspomniani goście dość szybko zorientowali się, że tak właśnie jest i już w okolicach drugiego – trzeciego wieczoru zaczęli szukać alternatywnych lokali. A szukać wcale nie musieli długo. Wystarczy wspomnieć, że dużo większym wyczuciem niż organizatorzy festiwalu wykazali się właściciele kawiarni(?) Landschaft, na co dzień mieszczącej się przy ul. Gimnazjalnej, którzy na cały festiwalowy tydzień (a nawet kilka dni dłużej) zamknęli swój macierzysty lokal i otworzyli Landschaft Zwei przy ul. Focha – dosłownie naprzeciwko głównego wejścia do Opery. Strzał w dziesiątkę, a nawet w pięćdziesiątkę. Dość powiedzieć, że codziennie, od momentu otwarcia (czyli okolic godz. 16) do samego zamknięcia (czyli okolic godz. 6-7 rano!) waliły tam tłumy. Niesamowita atmosfera. Pełno ludzi w środku, pełno ludzi na zewnątrz. I nie było ważne, czy wychodziłeś z kina o godz. 18, 22, czy 3 nad ranem. Do Landschaftu można było iść w ciemno ze świadomością, że zabawa tam trwa, że są tam znajomi a nawet, jeśli ich nie ma, to przecież w kilka minut można poznać całą masę nowych. No i codziennie muzyka i tańce do samego rana. I jeszcze niezmordowane barmanki, zawsze uśmiechnięte, znakomicie mówiące po angielsku, parzące pyszną kawę i polewające od serca. Naprawdę wielkie brawa dla Was, bo udało Wam się pokazać, że Bydgoszcz ma styl i to nie ten oficjalny, festiwalowy, ale taki prawdziwy, spontaniczny, szczery. Chylę czoło i gratuluję pomysłu.

Oczywiście nie znaczy to, że lokal ów mieścił kilka tysięcy osób na raz. Część z nich została w Egoiście, część odkryła Mózg czy lokale na starówce, a jeszcze inni po prostu bawili się w hotelach czy domach, w których się zatrzymali. Nie zmienia to jednak faktu, że przez ten cały tydzień Bydgoszcz naprawdę tętniła życiem i mówiła tysiącem języków. Osobiście uważam, że dla naszego miasta jest to chyba najbardziej istotny element, czy raczej: atut, tego festiwalu. Fama o tym, że „Bydgoszcz is cool” pójdzie w świat. Żaden billboard czy spot reklamowy nam tego nie załatwi. Załatwi to jedynie klimat naszego miasta, a z rozmów, które prowadziłem z wieloma zagranicznymi gośćmi/studentami wynikało, że tego właśnie klimatu nam nie zabrakło. Miło było to usłyszeć z ich ust. Naprawdę.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start