Kontrabasiści bardzo romantyczni

Małgorzata Maniszewska Małgorzata Maniszewska

W styczniu w Filharmonii Pomorskiej królować będzie karnawał. Większość koncertów wypełniać będzie muzyka operetkowa, operowa; znajdą się nawet piosenki z dawnych lat. O melomanach spragnionych nieco innego repertuaru całkiem jednak nie zapomniano. Z pewnością bardzo wielu przyjdzie posłuchać koncertu, będącego swoistą próbą generalną przed występem naszej orkiestry w Musikverein w Wiedniu. Sala Wiedeńskiego Towarzystwa Muzycznego jest jedną z najlepszych na świecie. Miejsce niezwykle prestiżowe, a Wiedeń… wiadomo.

W II Koncercie fortepianowym B-dur Beethovena jako solistka wystąpi chińska kompozytorka i pianistka Yang Jiang, absolwentka prestiżowego konserwatorium w Sznghaju, teraz wykładająca w Stanach Zjednoczonych w Arizona State University. 25 stycznia warto będzie z pewnością pójść i posłuchać „naszych przed wyjazdem”, ja chciałbym jednak gorąco polecić koncert, który Capella Bydgostiensis, wraz z czworgiem solistów, da w drugim tygodniu stycznia, w środę. Powody są co najmniej dwa. Każdy, kto czytał, widział lub słyszał Kontrabasistę Patricka Süskinda, pamięta tytułową postać. Muzyka, porównującego swój instrument do starej, grubej baby na którą jest skazany. Frustrata, który nie ma efektownych solówek i obwinia swój nieefektowny instrument o wszystkie życiowe niepowodzenia. Na estradzie tymczasem zobaczymy i usłyszymy czworo solistów kontrabasu (Joannę Krempeć-Kaczor, Jana Kotulę, Grzegorza Wieczorka i Adama Bogackiego), dla których twórcy XIX i XX w. napisali bardzo romantyczne kompozycje. Stara, gruba baba będzie śpiewać kantyleny, łkać lirycznie i zrobi to nawet w dziele propagatora XX-wiecznej muzyki. 

Tym razem nie będzie to też koncert z szufladki: „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie…”. Zabrzmią w nim aż dwie dwie kompozycje Giovanniego Bottesiniego, kontrabasisty, dyrygenta i kompozytora, którego na wybór instrumentu skazał właściwie przypadek. Tylko na naukę gry na kontrabasie i fagocie były w mediolańskim konserwatorium stypendia, z których młody Włoch musiał skorzystać, by podjąć studia. Za nagrodę zaś, którą zdobył na ich koniec, kupił emerytowany instrument, służący już tylko jako rekwizyt w teatrze marionetek. 900 lirów, tyle zapłacił w 1838 roku za zaprojektowany dla gry kameralnej kontrabas zrobiony na początku XVII wieku przez wybitnego przedstawiciela rodu lutników – Carla Antonio Testore (dziś leży on w sejfie japońskiego kolekcjonera). Z tym instrumentem z sukcesem zadebiutował w Teatro Comunale w Crema w 1840 roku. W Wenecji, gdzie grał już wkrótce, zaprzyjaźnił się z Verdim, który po latach powierzył mu poprowadzenie prapremiery swojej Aidy, podczas otwarcia Kanału Sueskiego. Wówczas już „Paganini kontrabasu”, jak zwano Bottesiniego, miał za sobą premiery własnych oper, w tym Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Grał i prowadził orkiestry na całym świecie. Petersburg, Meksyk, Londyn, Nowy Orlean, Nowy Jork, podziwiano go wszędzie. A doświadczenia z operą słychać w jego utworach. Gran Duo „Passione Amorosa”, które usłyszymy obok Fantazji „Lunatyczka” na motywach z Belliniego, ma nawet budowę zbliżoną do arii czy duetów, które można znaleźć w operach Verdiego. Brzmią w nim tak dramatyczny recytatyw, jak i kantyleny, czy momenty stricte już wirtuozowskie.

Romantycznym twórcą, którego utwory również rzadko brzmią na estradach koncertowych jest Brazylijczyk, Antonio Carlos Gomes, uważany za jednego z twórców brazylijskiej szkoły narodowej w muzyce. Czczony w ojczyźnie, stoi na pomniku w centrum Rio de Janeiro. Już po premierze pierwszej opery został przywieziony do domu przez nieustannie wiwatujący, rozentuzjazmowany tłum. Był Gomes właściwie pierwszym kompozytorem „nowego świata”, którego dzieło zostało nie tylko zaakceptowane, ale i świetnie przyjęte w Europie. A że jego opera Lo schiavo traktowała o losie murzyńskich niewolników, niektórzy nazywają go wręcz kompozytorem afrobrazylijskim. Jego operę Il Guarany Verdi uznał za dzieło geniusza, a uwertura do niej stała się drugim hymnem brazylijskim. Gomes rzeczywiście stosował niekiedy oryginalne motywy pochodzące z muzyki brazylijskich Indian i Murzynów, ale większość jego licznych utworów opierała się na formach wykształconych przez włoską operę i utrzymanych jest w manierze salonowej. Burrico de pau, które usłyszymy, charakteryzuje się uroczą prostotą, graniczącą niemal z naiwnością, i może przez to tak urzeka słuchaczy.

Wreszcie Koncert kontrabasowy op. 3 Sergiusza Kusewickiego, na przełomie XIX i XX w. znanego w Rosji kontrabasisty. Jaką estymą cieszył się mistrz, niech świadczy fakt, że jego uczeń, Leonard Bernstein, parę spinek do mankietów, które otrzymał od Kusewickiego nosił na każdym koncercie, którym dyrygował. Kusewicki, wielki orędownik współczesnej muzyki, zamawiający dzieła u wybitnych kompozytorów, we własnym koncercie na kontrabas (premiera odbyła się w Moskwie w 1905 r.) zaprezentował się jednak jako twórca bardzo romantyczny, choć koncert nie zachowuje budowy typowej dla tego gatunku. Dwie pierwsze części są ze sobą płynnie połączone, a trzecia to rekapitulacjia, w której powraca główny motyw pierwszej części. Romantyczne są harmonika, linie melodyczne, a poza tym pobrzmiewają w nim echa Koncertu b-moll Czajkowskiego, a nawet motywy z Rachmaninowa i Chopina.

Będzie się więc można podczas całego koncertu przekonać, że kontrabas potrafi śpiewać jak skrzypce, czy wiolonczela, a kompozytorzy dotąd raczej nam nie znani, wcale nie są gorsi od tych co to: „Znacie? Znamy! No to posłuchajcie…”

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start